Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl
Sierpień 17 2018 15:35:34        
Strona głównaRegulaminArtykułyForumBlogiLinkiKategorie newsów
Nawigacja
Aktualnie online
· Gości online: 1

· Użytkowników online: 0

· Łącznie użytkowników: 504
· Najnowszy użytkownik: Hxnphbkt
Ostatnio na forum
Najnowsze tematy
· Ugg mfjnqvzrwl
· Ugg ndyayamldu
· Ugg vcgneckhxx
· Ugg nnljphqghb
· Ugg euyjljurhc
Najciekawsze tematy
· Plotki i Ploteczki [33]
· Propozycje świat... [29]
· Rozdział I [24]
· Poznajemy się! [22]
· Filmowo! [21]
Ostatnie artykuły
Brak artykułów
Info online

TheTom
Blogi tego użytkownika:
Sep, 26 -12 15:54
 S.A.L.I.G.I.A. - cz. 4 (0)
Sep, 06 -12 21:41
 S.A.L.I.G.I.A. - cz. 3 (3)
Sep, 03 -12 20:12
 S.A.L.I.G.I.A. cz. 2 (3)
Sep, 01 -12 21:37
 S.A.L.I.G.I.A. - cz. 1 (4)
Aug, 31 -12 13:38
 S.A.L.I.G.I.A. - prolog (7)
Jul, 24 -12 15:19
 Dziennik Toma Agenora cz. 5 (0)
Jul, 23 -12 17:41
 Dziennik Toma Agenora cz. 4 (1)
Jul, 20 -12 18:40
 Dziennik Toma Agenora cz. 3 (1)
Jul, 19 -12 13:50
 Dziennik Toma Agenora cz. 2 (1)
Jul, 18 -12 21:52
 Dziennik Toma Agenora cz.1 (2)
S.A.L.I.G.I.A. - cz. 4
- Gdzie lecimy? - spytał Cedric, kiedy opuścili Sodomę.
Anioł z radością pożegnał to miasto. Robiło mu się niedobrze na samo wspomnienie pozbawionych wszelkich reguł ulic. Miał nadzieję, że już nigdy nie będzie musiał oglądać Sodomy.
- Lecimy do Egiptu. Luxuria podejrzewa, że krzyż Jezusa jest w którejś z piramid - odpowiedziała Ate.
Cedricowi nie spodobała się ta wiadomość. W Kairze stacjonował Sarif. Do tego przeszukiwanie piramid może trwać wieczność, a i tak nie było pewności, że znajdą cokolwiek w tym labityncie.
- Skoro krzyż jest tak ważny, to dlaczego wysłano tylko nas?
- A dlaczego wysłano tylko ciebie do papieża? Żebyś nie rzucał się w oczy. Dlatego lecimy sami.
Nie do końca przemawiało do niego takie wyjaśnienie, ale miała rację. Będąc tylko we dwójkę mają szansę pozostać niezauważonymi, tym bardziej, że Sarif i jego armia są w Kairze, a nie samej Gizie.
Po kilku godzinach lotu w końcu dotarli do celu. Najwyższe z piramid widoczne były już z daleka, a na horyzoncie nie było żadnego anioła. Ta misja mogła się udać. Dla bezpieczeństwa wylądowali kilkaset metrów od grobowców.
- Coś jest nie tak - powiedziała Ate.
Cedric też to czuł. Nie wiedział co to jest, ale był pewny, że to coś gorszego niż wszystko co widział do tej pory. Było to zło w najczystszej postaci. Zło nawet większe niż to, panujące w sercu Lucyfera gdy opuszczał niebo.
- Nie powinno nas tu być - powiedział.
- Mamy zadanie - odparła Ate. W jej głosie była niepewność.
Zawsze silna i pewna siebie anielica teraz była wyraźnie przestraszona. Szła przed siebie nie spuszczjąc wzroku z piramid. Wspięli się na piaszczyste wzgórze, z którego powinni mieć idealny widok na grobowce. Kiedy wspięli się na wzniesienie zobaczyli coś, czego się nie spodziewali i czego zobaczyć nie powinni. Już wiedzieli czym było zło, które wcześniej wyczuwali.
Ate pociągnęła za sobą Cedrica i oboje padli na rozgrzany piach lekko zsuwając się z górki.
- Widziałaś to co ja?
- tak.
- I co teraz? Nie możemy tam iść.
Nie odpowiedziała. Siedziała przez kilka minut wpatrując się w swoje stopy. Nie wiedziała co ma robić. Jeśli nie przeszukają piramid Luxuria uzna ich za zdrajców. Z drugiej strony jeśli tam pójdą również zginą. Nie było żadnych szans, żeby przekraść się niepostrzeżenie. W końcu podniosła się lekko z piachu i ostrożnie wdrapała się na wzniesienie. Cedric zrobił to samo. Oboje patrzyli na sceny rozgrywające się przy piramidach. A tam trwała bitwa. Zastępy aniołów i ludzi pod dowództwem generała Sarifa mierzyły się z armią Piekła. Uzbrojone w płonące miecze demony i biesy z łatwością szlachtowały przestraszonych ludzi. Nikt ich nie przygotowywał do walki z takim przeciwnikiem.
- Azmodan - szepnęła Ate.
Cedric podążył za jej wzrokiem i go zobaczył. Rogaty, czarny jak smoła demon stał na ścianie jednej z piramid. Nie włączył się bezpośrednio do bitwy. Nikt go również nie atakował. Sprawiał wrażenie, jakby w ogóle nie interesował go przebieg starcia. Uderzał rękami w piramidę starając się rozbić ścianę.
- Tam jest nasz krzyż. Musimy się tam dostać - powiedziała Ate.
Zgodził się z nią. Wstał i dobył miecza.
- Idziemy?
Uśmiechnęła się chwytając za broń. Wzbili się w powietrze i już po chwili byli między walczącymi. Wojska Sarifa wspierała znaczna ilość aniołów, jednak nawet oni nie byli w stanie wytłuc wszystkich sług Lucyfera. Cedric tańczył między biesami tnąc mieczem. Każdy cios był celny i zabójczy. Jednocześnie nie spuszczał oczu z Ate. Walczyła tuż obok z jeszcze większą gracją. Z zabijania uczyniła prawdziwą sztukę.
- CEDRICU! - krzyknęła nagle - AZMODAN!
Anioł spojrzał na piramidę, na której siedział wcześniej czarny demon. Nie było go tam, natomiast w ścianie znajdowała się olbrzymia dziura.
- LECIMY! - krzyknął.
Po chwili oboje byli w środku grobowca. Znaleźli się w dużej, oświetlone kilkoma pochodniami sali.
- Kto zapalił te pochodnie? - spytał Cedric.
- Ty nie zajmuj się pochodniami, tylko nim!
Na drugim końcu komnaty stał Azmodan. Patrzył na nich czerwonymi ślepiami. Mierzył ponad dwa i pół metra, a ciało pokryte miał łuskowatym pancerzem. Z pleców wystawały mu nietoperze skrzydła. Obraz demona wieńczył półtorametrowy kolczasty ogon.
- Szukasz czegoś? - spytał anioł zaciskając ręcę na mieczu.
- Nie ma go tu - wycharczał demon.
- Szukasz krzyża? - dopytywała Ate.
- Nie wasza sprawa.
Zaatakował. Cedric nie zdołał się uchylić. Uderzony potęrzną siłą przeleciał przez salę zatrzymując się na ścianie. Ate uderzyła demona w bok, jednak ten odbił uderzenie jedną reką, a drugą wymierzył jej cios. "Wylądowała" obok Cedrica.
- Nie mamy z nim szans - jęknęła.
- Musimy spróbować.
Podnieśli się gotowi do walki. Azmodan stał na środku sali warcząc ostrzegawczo.
- Razem!
Ruszyli do ataku uderzając przeciwnika z dwóch stron. Demon wymierzył Ate cios ogonem wbijając jej jeden z kolcó w brzuch. Jęknęła cicho upadając bezwładnie na podłogę. W międzyczasie uderzenie Cedrica dosięgło celo raniąc Azmodana w bok. Ten jednak zupełnie nic sobie z tego nie robił. Chwycił anioła za szyję i uniósł wysoko.
- Teraz zginiesz boży pomiocie - wycharczał.
Cedricowi zaczynało brakować powietrza. Spojrzał jeszcze na Ate, wokół której pojawiła się kałuża krwi. Po chwili zapadł się w ciemność.

S.A.L.I.G.I.A. - cz. 3
z góry przepraszam za wszystkie literówki Uśmiech

Cedric i Ate wylądowali przed główną bramą Sodomy.
- Pierwszy raz tu jestem – powiedziała dziewczyna.
Na misję założyła czarny i dość obcisły skórzany strój. Miecz przypięła do pasa i Cedric zauważył, że trzyma rekę blisko rękojeści gotowa w każdej chwili dobyć broni. Musiała czuć się bardzo niepewnie w tym miejscu. Nie było w tym nic dziwnego. O Sodomie krążyły niesławne legendy, jakoby miasto było siedliskiem nierządu. Musiało być w tym sporo prawdy inaczej Bóg nie zechciałby zniszczyć miasta. Z niewiadomych przyczyn odwołał rozkaz w ostatniej chwili. Wysłane na misje zastępy aniołó zdążyły jednak zrównać z ziemią Gomorę. Dlaczego Wszechmogący ocalił sasiadkę? Nigdy nie wyjawił tego sekretu. Na pewno miał plan dotyczący Sodomy, bo na łaskę było zdecydowanie za późno.
- Idziemy? – spytała Ate
- Panie przodem.
Trochę się skrzywiła, ale przeszła przez bramę jeszcze bardziej przybliżając rękę do miecza. Wpływ Luxurii na to miejsce był widoczny na każdym kroku. Nierząd, a wręcz orgie odbywały się na ulicach. Ludzie nie krępowali się biegac nago po mieście. Niektórzy jeszcze starali się kopulować w ciemnych zaułkach, których pełno było między ciasno postawionymi budynkami, ale większość najwidoczniej nie znała słowa dyskrecja. Rozpusta w Sodomie nie miała żadnych granic. Seks grupowy, czy homoseksualny widoczny niemal na każdym kroku przyprawiał o mdłości. Ale najgorszy był widok roznegliżowanego mężczyzny wprowadzającego owce do jednego z domów. Cedric miał ochotę wejść tam za nim i jednym cięciem miecza skończyć jego żałosny żywot. Bał się jednak, że chłop już zaczął swoją”zabawę”. Takiego widoku by nie zniósł.
- Ojcze dlaczego nie zniszczyłeś tego miasta? – szepnął sam do siebie.
O ile w Jerozolimie dało sie miejscami wyczuć dobro w ludzkich sercach, o tyle w Sodomie była tylko ciemność. Brak jakiegokolwiek szacunku i sentymentu do praw ustanowionych przez Wszechmogącego. Praw, które nawet Jezusz szanował, choć nie zawsze przestrzegał. Tutaj ludzkie sumienia pozostawały głuchę dając tym samym pożywkę Luxuri, uosobieniu nieczystości.
- Przypomnij mi dlaczego chciałaś iść pieszo przez miasto narażając nas na te wszystkie widoki?
- Chciałam sprawdzić czy opowieści są prawdziwe. Powinieneś mi podzieować.
- Za co? – prychnął
- Gdybyśmy lecieli widziałbyś nierząd w całym mieście, a tak minęliśmy tylko kilka ulic. Kto wie jakie... fantazje mają mieszkańcy w innych dzielnicach.
-Sądzę, że nic gorszego bym nie zobaczył – przypomniał sobie faceta z owcą.
W końcu udało im się wyjść z zatłoczonych ulic i znaleźli się przed odseparowanym od reszty miasta pałacem Luxurii. Budowla nie robiła zbyt dobrego wrażenia na aniołach. O ile pozłacane kolumny mogły zachwycać, to namalowani na ścianach ludzie uprawiający seks budzili odrazę. Ale co innego miałby mieć Nieczystość na fasadzie swojej siedziby? Pozostawała tylko nadzieja, że nie będą musieli spedzić dużo czasu w tym miejscu. Nadzieja ta wzrosła gdy weszli dośrodka. W pałacu było ciemno i unosił się intensywny zapach kadzidełek. Z mijanych pokoi dochodziły najróżniejsze odgłosy: krzyki, jęki, czy stękania. Cedric domyslał się co dzieje się za zamkniętymi drzwiami. Kręcąc głową spojrzał na idącą przed nim Ate. Dopiero teraz dostrzegł, że dziewczyna wyglada bardzo seksownie w obcisłym stroju. Przylegająca do ciała skóra podkreślała idealne kształty anielicy. Mruknął coś w niezrozumiałym nikomu języku, chcąc zwrócić na siebie jej uwagę.
- Mówiłeś coś? – spytała odwracając się.
Nie odpowiedział. Skupił się na obserwowaniu pieknej twarzy swojej towarzyszki. Spod burzy czarnych loków patrzyły na niego duże, zielone oczy. Po chwili Cedric przeniósł wzrok nieco niżej na odciskające się w skórzanym stroju piersi. Widok odebrał mu mowę.
Nie doczekawszy sie odpowiedzi Ate wzruszyła ramionami i ruszyła w dalszą drogę do komnaty Luxurii. Cedric stał przez chwilę oszołomiony urodą dziewczyny. Jak mógł wcześniej tego nie widzieć? Znali się tysiące lat i nigdy nie zauważył jaka jest piekna. Pragnął jej całym sobą. Miał ochotę rzucić się na nią, zedrzeć z niej te obcisłe spodnie i posiąść na podłodze. Przyspieszył kroku starając sie dogonić Ate. Kiedy był już blisko, poczuł jej zapach i stracił nad sobą resztki panowania. Delikatnie położył dłoń na jej pupie i odpłynął. Kiedy wróciła mu świadomość leżał na podłodze z mieczem przystawionym do gardła.
- Kontroluj Się! – głos Ate nie był już tak melodyjny, a zielone oczy patrzyły na niego z nienawiścią.
- Wiem, że ciężko oprzeć się ich wpływowi – dodała po chwili – Musisz to przezwyciężyć Cedricu, inaczej długo nie pożyjesz.
- Wiem – mruknał i zaczął się podnosić z zimnej posadzki.
Pomogła mu wstać i od tej pory szła z nim ramię w ramię. Nie chciała go prowokować. W końcu doszli do dużych żelaznych drzwi, za którym przebywał Luxuria. Ate nie pukając weszła do środka, a Cedric tuż za nią. Dojrzeli go od razu. Siedział na wielkim, przypominającym tron, krześle. Wygladał identycznie jak jego brat, zresztą wszyscy wygladali tak samo. Różniły ich tylko emocje, które wydzielali. Będąc pod wpływem Iry Cedric nienawidził Ate z całego serca, teraz natomiast pragnął jej bardziej niz zbawienia.
- Witajcie – usłyszeli zimny głos w swoich głowach.
Był to taki sam głos jaki miał Ira. Cedric nie czuł się dobrze słysząc go w głowie. Ate natomast była już przyzwyczajona, zbyt dużo czasu spędziła z Gniewem, żeby zwracac uwagę na takie szczegóły.
- Jesteście tu, by pomóc mi w pewnym zadaniu. Generał Sarif jest blisko odnalezienia krzyża Naszego Pana. Chyba nie musze mówić jak bardzo nie chcemy, żeby ta relikwia wpadła w jego plugawe łapska. Jest dla nas bardzo cenna.
Ate przytaknęła nie domagając się żadnych wyjasnień. Cedric chciał zadać kilka cisnacych się na język pytań, ale widząc zachowanie towarzyszki powstrzymał się. Dziewczyna deikatnie się ukłoniła i wyszła z komnaty. Mijając Cedrica spojrzała mu prosto w oczy dając do zrozumienia, żeby zrobił to samo. Niechętnie ukłonił się Luxurii i wyszedł za anielicą.
- Co teraz? – spytał
- Lecimy znaleźc krzyż.
- Ale gdzie?
- Luxuria pokazał mi mapę. Wyruszamy o świcie.

S.A.L.I.G.I.A. cz. 2
Opuszczenie Europy Środkowej zajęło Cedricowi trochę czasu. Tę część kontynentu wciąż kontrolowały wojska Wszechmogącego. Wieść o śmierci papieża rozeszła się błyskawicznie i zastępy aniołów pilnie strzegły nieba. Mijając ich Cedric rozpoznawał dawnych braci i siostry. Kilka razy poczuł ukłucie w sercu widząc twarze najbliższych przyjaciół. Całą podróż do Ziemii Świętej odbył w chmurach, często lecąc na ślepo. Wolał pobłądzić niż natknąć się na pobratymców.
Jerozolima nie przypominała miejsca jakimg niegdyś była. Mimo mocno świecącego słońca w mieście panował półmrok. Anioł z daleka wyczuł, że Jerozolima pogrążona jest w grzechu. Pycha, chciwość, nieczystość... każdy z braci odcisnął tu swoje piętno. Przebywający tu ludzie byli zlepkiem wszystkich grzechów. Najwięcej było jednak gniewu. To właśnie Ira rządził tym miastem i był bezpośrednim przełożonym Cedrica.
Anioł wylądował przed pałacem należącym niegdyś do sułtana. Na schodach czekała na niego ubrana w niebieską tunikę anielica. Długie czarne włosy opadały jej na ramiona, a śnieżnobiałe skrzydła błyszczały mimo panującego półmroku.
- Witaj Ate – Cedric postanowił odezwać się pierwszy.
- Cedricu – lekko się ukłoniła – Jak podróż?
- Daruj sobie te uprzejmości. Wykonałem zadanie, papież nie żyje.
- Czeka długa kolejka na jego miejsce – odpowiedziałą beznamiętnie, jakby w ogóle nie obeszłą jej śmierć Ojca Świętego – Ale udowodniłeś, że potrafisz być przydatny. Chodź za mną, Ira chce z tobą pomówić.
Cedric obawiał się tego spotkania. Wielokrotnie w swoim życiu miał do czynienia z grzechem, ale stanięcia oko w oko z ucieleśnieniem gniewu budziło jego niepokój. Im bliżej byli Iry, tym bardziej wyczuwalne było jego oddziaływanie na to miejsce. Panujące w powietrzu gniew i nienawiść można było niemal dotknąć. Cedric wpatrywał się w idąca przed nim Ate. Nienawidził jej. Ona jako pierwza opuściła Niebo, żeby sprzymierzyć się z Jezusem. Było to już rok po wybuchu wojny. Zdezerterowała pozwalając na zabicie Piotra, który ogłosił się pierwszym papieżem. To przez nią aniołowie zaczęli opuszczać Stwórcę. I to przez nią teraz był zdrajcą i mordercą. To ona dała przykład, że można odwrócić się od Boga. Miał ochotę ją zabić.
- Jesteśmy na miejscu – zatrzymała się przed wielkimi, ozdobionymi złotem drzwiami – Ira czeka na ciebie.
Odwróciła się i zobaczyła nienawiść na twarzy towarzysza. W jego oczach dostrzegła żądzę mordu. Wpatrywał się w nią jak w największego wroga.
- Nauczysz się opierać jego oddziaływaniu – była spokojna. To bliskość Iry tak wpłynęła na Cedrica – Ludzie tego nie potrafią, ale my jesteśmy czymś więcej. Jesteśmy...
- Powiedz mi – przerwał – Czy to prawda, że Jezus sprzymierzył się z Lucyferem?
Dziewczyna lekko sie uśmiechnęła.
- A co masz ochotę spotkać dawnego przyjaciela? Kiedyś byliście nierozłączni.
- Jeśli go spotkam, to tylko po to, żeby go zabić.
- Jesteś niczym w porównaniu z nim. Przez tysiące lat grzesznicy dawali mu siłę. Stał się niemal równy Jahwe.
- Czyli to prawda...
- Nie wiem – spowazniała - Ale mam nadzieję ,że tak. Tego świata nie da się już ocalić. Też musiałeś to dostrzec. Potęga Lucyfera przechyliłaby szalę na naszą stronę, ale... – nagle przerwała.
- Ale?
- Zawsze jest jakieś „ale” – odpowiedziała – Nie każ mu czekać – wskazała drzwi i zaczęła się oddalać.
- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie! – krzyknał
- Nie muszę.
- Jestem drugi po Gabrielu!
Zatrzymała się. Spojrzała Cedricowi głęboko w oczy. Jej spojrzenie było zimne. Jeszcze nigdy jej takiej nie widział.
- Nie jesteśmy już w Niebie. Tutaj hierarchia ustalana jest inaczej. Lepiej o tym nie zapomnij.
Oddaliła sie pewnym krokiem w kierunku z którego przyszli. Po chwili rozprostowała skrzydła i odleciała. Cedric stał jeszcze przez chwilę rozpamiętując jej słowa. Świat każdego dnia pogrążał się coraz bardziej i nie było już miejsca dla starych reguł. Tak naprawdę nie było miejsca dla żadnych reguł.
Lekko zapukał w pozłacane drzwi i nie czekając na pozwolenie wszedł do środka. Gdy tylko przestąpił próg poczuł jak jego dusza zatraca się w grzechu. Ogarnął go mrok wysysający dobro z serca. Wiedział już, że nikomu nigdy nie wybaczy błędu. Wiedział też, że dawni bracia są teraz wrogami. Był zły. Zły, że byli tak krótkowzroczni i pozostali przy Wszechmogącym. Podobnie jak ludzie nie zasługują na życie. Zostaną zgładzeni tak samo jak te żałosne istoty, które Jahwe kazał im miłować. Jak mógł wcześniej tego nie dostrzegać? Ciemność nagle ustapiła i oczom anioła ukazała się zakapturzona postać. Ira stał po środku komnaty i wpatrywał się w Cedrica. Przynajmniej tak mu się wydawało, twarz grzechu była schowana pod kapturem.
- Witaj Cedricu. Cieszę się, że do nas dołączyłeś – głos skierownay był prosto do głowy Cedrica – Mam dla ciebie następne zadanie.
Głos Iry ciężko było opisać. Cedric czuł, jakby gniew, który dusił w sobie przez całe życie nagle do niego przemówił.
- Wraz z Ate polecicie do Sodomy. Tam będzie na was czekałLuxuria.
Cedric nie pamiętał czy póxniej padły jeszcze jakieś słowa. Nie wiedział nawet w jaki sposób opuścił komnatę Gniewu. Pamiętał tylko, że ma się udac do Sodomy, miasta, które dawno temu miało zostać zniszczone.

Ta część to taki słaby przerywnik, mający pchnąć dalej fabułę Uśmiech

S.A.L.I.G.I.A. - cz. 1
Watykan, rok 1328

Papież Jan XXII siedział w swoim gabinecie i czytał depesze z frontu. Wojska Jezusa opanowywały Europę w szybkim tempie. Wschodnia część kontynentu była już pod władaniem syna marnotrawnego. Janowi poleciały łzy, kiedy poznał przybliżoną liczbę zabitych. Wiedział jednak, że nie wolno mu się poddać. Był jednym z przywódców wojsk Boga na Ziemii.
Za oknem panował mrok i szalała burza. Błyskawice co chwilę rozświetlały płaczące niebo. Wiatr otworzył jedną z okien w papieskim gabinecie. Jan poczuł przenikliwe zimno i czym prędzej je zamknął. Spojrzał na chodnik. Roiło się tam od straży. Watykan był jednym z najlepiej chronionych miejsc na świecie. Bóg dbał o bezpieczeństwo swych sług. Po niebie dodatkowo krążyło kilka aniołów.
Papież wrócił do biurka i chwycił następny list. Po kilku zdaniach z coraz większym przerażeniem patrzył na papier. Nie mógł uwierzyć w to, co przed chwilą przeczytał. Jeśli to prawda, świat jest już stracony i nawet Wszechmogący będzie bezsilny.
- Nie mógł się do tego posunąć... – miał ciarki na całym ciele – STRAŻ!
Po chwili drzwi się otworzyły i do środka weszło dwóch uzbrojonych mężczyzn.
- Tak panie?
- Poproście do mnie Gabriela.
- Tak jest!
Jan niedowierzając w otrzymaną wiadomośc jeszcze raz przeczytał list. To nie mogła być prawda, Nadawcą był generał Sarif, człowiek nie skory do żartów. Pozostawała tylko nadzieja, że się pomylił. Pukanie wyrwało papieża z rozmyślań.
- Wejdź Gabrielu.
Archanioł otworzył drzwi i z sobie tylko dostepną dostojnością wszedł do gabinetu. Jan zawsze podziwiał przywódcę aniołów. Zawsze był pewny siebie, ale nigdy arogancki. Niestety zawsze był smutny. Nie było w tym nic dziwnego, każdy kto stanął po stronie Boga cierpiał z powodu wojny. Anioły od zawsze miłujące ludzi teraz musiały stanąć przeciw nim.
- Wzywałeś mnie?
- Przeczytaj ten list.
Archanioł wziął do ręki papier i zaczął czytać. Po chwili w jego oczach pojawiły się łzy. Podobnie jak papież nie mógł i nie chciał uwierzyć, że informacje zawarte w liście są prawdziwe. Czy nienawiśc syna do ojca osiągnęła aż takie rozmary?
- Co o tym sądzisz?
Gabriel zwlekał z odpowiedzią. Przeczytał pismo jeszcze kilka razy i za każdym razem płakał coraz mocniej.
- Będę się modlił, żeby to nie była prawda, inaczej jesteśmy straceni. Zaraz wyślę kogoś do Sarifa, żeby potwierdził tą informację.
Papież przytaknął. Archanioł skłonił się lekko i opuścił pokój. Jan wrócił do swojego biurka i złapał ostatni list. Ten okazał się być normalnym meldunkiem z pola bitwy. Przyłożył dłonie do ust i zaczął rozmyślać nad listem od Sarifa. Wiedział już, że przez kilka następnych dni nie będzie myślał o niczym innym. Bał się prawdy, którą miał niebawem poznać. Czuł w głębi duszy, że to prawda, mimo to wciąz robił sobie nadzieję. Wszak umiera ostatnia.
Kolejna błyskawica rozświetliła pogrążone w płaczu niebo. Piorun musiał uderzyć naprawdę blisko, grzmot był wyraźnie głośniejszy od poprzednich. Ojciec Święty spojrzał w okno i dostrzegł stojacego przy nim anioła.
- Masz już wieści Gabrielu?
- Nie jestem Gabrielem – odpowiedział mu chłodny głos – Twój nastepca będzie musiał wzmocnić ochronę.
- To ty Cedricu. Więc to prawda, że przeszedłeś na druga stronę.
Anioł nie odpowiedział. Wyszedł z cienia i ukazał się Janowi w pełnej krasie. Był wysoki i szczupły, jak każdy anioł. Długie złote włosy opadały mu na ramiona częsciowo zasłaniając błękitne oczy. Oczy, które nie wyrażały żadnych emocji. Patrzył na Ojca Świetego jak łowca na zwierzynę. Rękę trzymał na rękojeści miecza, gotów w każdej chwili dobyć broni.
- Po co przyszedłeś? – spytał papież, choć doskonale znał odpowiedź.
Wielu jego poprzedników konczyło żywot przedwcześnie. Żaden jednak nie został zamordowany w swojej rezydencji. W najlepiej strzezonym miejcu. Żaden jednak nie miał przeciw sobie anioła. I to nie zwykłego, tylko samego Cedrica. Anioła stworzonego chwilę po Gabrielu.
- Powiedz mi chociaż dlaczego.
- Ludzkość potrzebuje oczyszczenia. Na tym świecie jest za dużo grzeszników, a Jezus pozwala ich szybciej eliminować – odpowiedział anioł swoim zimnym głosem.
- I to jest powód twojej zdrady.
Cedric skrzywił sie słysząc to słowo. Zdrada. Więc teraz dla wszystkich będzie zdrajcą. Tym, który odwrócił sie od swojego twórcy, kiedy ten był w potrzebie i potrzebował jego miłości, żeby mieć siłę. Trudno. Miał swoje powody, żeby tak postąpić. Nie było to łatwe, ale inaczej nie mógł postapić, nie w tej sytuacji.
Wyciągnął miecz i skierował ostrze w strone papieża.
- W imieniu Jezusa Chrystusa, Zbawiciela ludzkości skazuje cię na śmierć Jacques’ie d’Euse, zwany Janiem XXII.
Po tych słowach wbił miecz prosto w serce biskupa Rzymu. Ostrze przeszło na wylot, nie dając papieżowi najmniejszych szans na przeżycie. Anioł wyjął miecz i uklęknął przy swojej ofierze. Nawet grzesznicy zasługiwali na modlitwę za ich duszę.
- Zanim umrę, powiedz mi prosze jedną rzecz.
Więc jeszcze żył. Zadziwiająca wola przetrwania jak na człowieka.
- Co takiego?
- Czy to prawda? Czy to prawda, że sprzymierzył się z Szatanem?
Cedric milczał. Patrzył w oczy umierającemu papieżowi zwlekając z odpowiedzią. W końcu Ojciec Święty opuścił ten świat na zawsze nie doczekawszy sie odpowiedzi.

S.A.L.I.G.I.A. - prolog
Mały Azam dziś po raz pierwszy w życiu miał być świadkiem ludzkiej śmierci. Ojciec uznał, że jest już na tyle duży, aby uczestniczyć w tym widowisku. Miało to również być przestrogą dla niegrzecznego chłopca, że nie wolno sprzeciwiać się Bogu.
Tłum stał na szczycie Golgoty czekając, aż ostatni ze skazańców wniesie swój krzyż. Krzyż, na którym miał zawisnąć. Taka śmierć była niezwykłą męką, ale grzesznicy nie zasługiwali na nic lepszego. Azam nerwowo rozglądał się nie wiedząc jak ma się zachować. Większość ludzi krzyczała i wyzywała skazańców, ale byli też tacy, którzy płakali nad ich losem. Chłopca zastanawiało jak można uzalać się nad skazańcami, byli to przecież ludzie, którzy sprzeciwili się Bogu i swoim braciom. Nagle tłum zaczął krzyczeć coraz głośniej. Azam zauważył, że ostatni skazany doszedł na szczyt. Widok był przerażający. Mężczyzna niósł na plecach wielki drewniany krzyż. Nogi uginały mu się pod jego ciężarem. Na jego głowie chłopiec zauważył cierniową koronę.
- Samozwańczy Król Żydowski! - krzyknął ktoś z tłumu.
Wśród zgromadzonych rozległo się buczenie i gwizdy, poleciało nawet kilka kamieni. Mężczyzna w końcu upadł. Już po chwili strażnicy przybijali mu nogi i ręce do krzyża. Azam nie mógł sobie wyobrazić, jakim cudem mężczyzna może znieść taki ból. Gwoździe przebijały na wylot dłonie i stopy wbijając się w drewno. Po chwili ustawiono krzyż pionowo i skazaniec ukazał sie oczom wszystkich zgromadzonych. W ludzkich oczach Azam widział pogardę i nienawiść. Widział również uczucie triumfu i dumę. Sam czuł się dość dziwnie. W głębi duszy szkoda mu było trzech skazanych, a najbardziej tego w środku. Było w nim coś wyjątkowego.
Krzykom i obelgom nie było końca. Wszystkim sprawiało uciechę patrzenie na cierpienie skazańców.
- Gdzie jest teraz twój ojciec Synu Boży? - zadrwił jeden ze strażników.
Mężczyzna podniósł głowę i spojrzał na zgromadzonych. Jego oczy nie wyrażały już smutku. Biła z nich nienawiść. Azama przeszły dreszcze. Najwidoczniej nie tylko jego, gdyż tłum momentalnie ucichł. Wszyscy wpatrywali się w wiszącego ze strachem.
- To za nich mam umierać? - odezwał się w końcu mężczyzna - Nie zasługują na to.
Panująca cisza stawała się nie do zniesienia. Wydawało się, że wszyscy nawet przestali oddychać. Bali się tego człowieka.
- Ojcze uwolnij mnie. Ci ludzie nie zasługują na zbawienie.
Nic się nie wydarzyło.
- UWOLNIJ MNIE! - powtórzył patrząc w niebo.
Znowu nic.
- Więc wybrałeś...
W tym momencie jeden ze strażników wbił skazanemu włócznię w brzuch. Cios okazał się śmiertelny.

*******

Następne trzy dni minęły wszystkim na rozpamiętywaniu ostatnich wydarzeń. Azam dowiedział sie, że skazany nazywał się Jezus Chrystus i był oskarżony o podawanie się za syna bożego i mesjasza. Chłopiec wraz zojcem był na targu, gdzie wszyscy plotkowali o tym człowieku. Ludzie bedący wtedy na Golgocie śmiertelnie sie przeraźili, słysząc głos Jezusa. Był pełen nienawiści do nich wszystkich.
- NIE MA GO! NIE MA GO W GROBIE! - jakiś mężczyzna biegł przez miasto z krzykiem.
- Kogo nie ma? - pytali wszyscy, których mijał.
W głębi duszy wiedzieli o kogo chodzi, ale bali się dopuścić do siebie tę myśl.
- Jezusa! Zmartwychwstał!
Cisza. Wszyscy stali jak wryci wpatrując się w mężczyznę.
- Jak to zmartwychwstał?
- Strażnik idący na zmianę warty przy grobie go widział. Wyszedł z grobowca i zabił wartowników.
Trudno opisac słowami panikę, która wówczas wybuchła. Ludzie biegali krzycząc jak opętani. Ci, którzy sie przewrócili kończyli życie zdeptani przez uciekających. Azam poczuł jak ojciec szarpie go za rękę i stara się wyprowadzić bezpiecznie z targu.
Wtedy go ujrzeli. Stał na środku drogi prowadzącej na targ trzymając w dłoni miecz. Była to najpiękniejsza broń, jaką dane było Azamowi zobaczyć w swoim życiu. Za jego plecami stało siedem zakapturzonych postaci. Azama przeszedł dreszcz na sam widok tego orszaku.
- Superbia, Avaritia, Luxuria, Invidia, Gula, Ira, Acedia - Jezus przedstawił stojące za nim istoty - SALIGIA. Zapamiętajcie to słowo. Od dziś jest ono waszym przekleństwem.
Nikt nie śmiał się ruszyć. Dziesiątku ludzi wpatrywały się w mężczyznę sparaliżowani strachem. Oto na ich oczach stał ktoś, kogo wczoraj widzieli martwego.
- Dam wam szansę odkupienia swoich win. Ci, którzy ukorzą przede mną i przysięgną wierność zostaną oszczędzeni. Reszta zostanie uznana za sprzymierzeńców mego ojca i zostanie stracona.
Ludzie stanęli przed najcięższym wyborem, jaki mógł ich spotkać. Mieli opowiedzieć się po stronie Boga, czy jego syna? Nie wiedzieli. Wiedzieli natomiast, że wojna, którą wczoraj wywołali dotknie kilka pokoleń, a może nawet zniszczy świat.
Część mieszkańców zaczęła padać na kolana błagając o wybaczenie. Okazywali skruchę, tłumaczyli się opętaniem przez szatana i przyrzekali wierność. Inni stali twardo na nogach nie mając zamiaru się ukorzyć. Azam spojrzał na ojca. Stał on z dumnie wypiętą piersią i patrzył na Jezusa. Był człowiekiem religijnym i za nic nie wyrzekłby się Boga.
- Więc wybraliście - rzekł Jezus.
W rękach stojących za nim istot zmaterializowały się miecze. Czarne jak smoła ostrza idealnie pasowały do ich wyglądu.
- Zgnijcie w piekle!

Dziennik Toma Agenora cz. 5
Wpis 1

Wampir miał rację. Spotkałem jeszcze kilku jego pobratymców i każdego z nich spotkał ten sam los. Większość kończyła nadziana na pal, ale dla niektórych, tych bardziej denerwujących, miałem wymyślniejsze tortury. Nie wiem kto ich nasyłał, ale był to ktoś kogo bali się bardziej niż śmierci w męczarniach. Nieważne jaki ból sprawiałem ,żaden nic nie mówił. Za to dzięki nim stawałem się coraz silniejszy. Z każdą kolejną ofiarą móh demon zyskiwał nowe moce, co również odbijało się na mnie. Coraz częściej oddawałem mu kontrolę, żeby podziwiać jak miażdży przeciwników. Nikt nie miał szans w starciu z naszym duetem. Marzyłem, żeby spotkać anioła. Ich potęga była legendarna, a historie na ten temat urosły do miana epopei. Chciałbym przekonać się na własnej skórze ile jest w tym prawdy. Dziwiłem się, że jeszcze żaden z nich nie przybył mnie zatrzymać. Do nieba na pewno doszły słuchy o moich wybrykach. Może się bali?

Wpis 2

Nie wiem co się ze mną dzieje .Czuję, jakby to demon kontrolował mnie, a nie ja jego .Coraz rzadziej oddawał kontrolę i niemal zapomniałem jak to jest byc człowiekiem. Liczyło się tylko zabijanie i tym samym zwiekszanie sił demona. Myślę, że tracę kontrole nad czymkolwiek. Jestem tylko intruzemhamującym rozwój. Byłem intruzem we własnym ciele. Nie pamiętam jak to jest ruszac ręką czy nogą. Stałem sie obserwatorem dokonywanych rzezi. W końcu zrozumiałem o co w tym wszystkim chodzi. Demon stara sie mnie całkowicie pozbyć. Jestem jego jedynym ograniczeniem. Boje się myśleć co sie stanie jeśli przegram tą walkę. Zniknę? Przestane istnieć jak kartka papieru wrzucona w płomienie? Nie mogłem na to pozwolić. Chciałem żyć!

Wpis 3

Jestem słaby. Włożyłem wszystkie siły, żeby odzyskać ciało i wrócić do ludzkiej postaci. Nie będe już zabijał. Chcę, ale nie mogę. Głos w głowie namawia mnie do ustapienia. Ciągle słyszę szepty. Nie mogę spać.. Każdej nocy powracają koszmary. Krzyki ofiar. Obraz mężczyzn, kobiet i dzieci padających u mych stóp. Pozbawione życia spojrzenia wycelowane we mnie. Jestem bliski szaleństwa. Nie mam już sił walczyć. Czuję się jak ćpun oderwany od najlepszego narkotyku. Kilka razy przystawiałem sobie nóż do gardła, gotów skończyć swój żałosny żywot ,ale nie mogłem. Nie byłem w stanie skrzywdzić sam siebie.
Wampiry przestały się pojawiać, jakby ich pan wyczuł, że i tak nie stanowię już zagrożenia. Od kilku dni nie dobywałem miecza. Byłem kuszony wiele razy, żeby udać się do wioski i sobie ulżyć. Byłem uzależniony od zabijania. Sprawiało mi to olbrzymią radość i satysfakcję, ale jednocześnie popychało w nicość. Musiałem przestać.

Wpis 4

Od pół roku nikogo nie zabiłem. Jest już dużo lepiej, powoli odzyskuje sprawność umysłu i nawet próbowałem przebywać między ludźmi. Patrzyłem na nich jak na manekiny do ćwiczeń. Nie widziałem istoty żywej, tylko wrażliwe na ciosy punkty. Raz prawie straciłem nad sobą panowanie. Widziałem leżącego w zaułku pijaka. Spał we własnych wymiocinach i fekaliach. Bakteria w zdrowym organiźmie jakim jest społeczeństwo. przystawiłem mu sztylet do gardła gotów do cięcia.
- Tak...
Wtedy zrozumiałem, że gdy to zrobię znów się zatracę. Nie chciałem tego. Nie mogłem.

Wpis 5

Pozbyłem się broni. Sprzedałem ją u wędrownego handlarza. Paladyńskie miecze były wysokiej jakości i ich cena była równie wysoka. Za otrzymane pieniądze mogłem przeżyć nawet kilka miesięcy. Już mnie nie ciągnęło do zabijania. Na powrót byłem sobą, w pewnym sensie.
Myslałem, że wszystko weźmie w łeb, kiedy na trakcie spotkałem paladyna. Wyczuł mnie od razu. Uciekałem, ale byłem zbyt wolny i zbyt słaby, dognał mnie bez problemu. Nie wiedziałem dlaczego był sam, paladyni nigdy nie podróżowali w pojedynkę. Zaatakował bez słowa. Wiedząc z kim ma do czynienia zachowywał ostrożność i chyba tylko dzięki temu udało mi sie przeżyć. W końcu zauważył, że może mnie pokonać i przyspieszył. Nie miałem wyjścia. Chcąc przeżyć musiałem wezwać siedzącą we mnie siłę. Przemieniłem się tylko częściowo, żeby zachować świadomość. Przypomniałem sobie jakie to wspaniałe uczucie być potężnym. Bez problemu wyrwałem mu miecz i przystawiłem do gardła.
- Uciekaj - rozkazałem.
Nie uciekł. Wyjął sztylet i wbił mi w bok. Wściekły z bólu poderżnąłem mu gardło i... poczułem obrzydzenie. Obrzydzenie do siebie i do zbrodni, którą przed chwilą popełniłem. Demon milczał. Wtedy zrozumiałem, że nie musze być pacyfistą, żeby go kontrolować.

Wpis 6

Minęło wiele lat od ostatniego wpisu. Nauczyłem się w pełni kontrolować demona. Przybierając jego formę nie trace już nad niczym kontroli. Walczę tylko w obronie własnej, a zabijanie napawa mnie odrazą, ale nauczyłem się z tym żyć. Co jakiś czas spotykam napalonych łowców chcących się wzbogacić przynosząc na tacy głowę Toma agenora, człowieka który opanował demona.
Niech ten dziennik będzie przestrogą dla wszystkich śniących o wielkiej sile. W swoich podróżach natknąłem się na opowieści o podobnych sobie. Żadna z tych historii nie miała szczęsliwego zakończenia bo takiego być po prostu nie mogło. Izolujący sie od ludzi opętani z czasem stawali się niewrażliwi na bodźce. Nie czuli smutku, radości, miłości, nienawiści. Stawali sie czymś na wzór golemów, żeyjącymi istotami pozbawionymi uczuć. Mnie czeka ten sam los.

Dziennik Toma Agenora cz. 4
Wpis 1

Spotkałem niewielki posterunek paladynów. Wyczuli mnie bez problemu i ruszyli w pogoń. Nie uciekałem. Było ich trzech, więc i tak byli bez szans. Stałem spokojnie czekając aż dobiegną. Na szczęście nie zeszło im długo. Gdy mnie zobaczyli zatrzymali się i natychmiast dobyli broni. Doskonale wiedzieli kim jestem. Ja też ich znałem, szkoliliśmy się w akademii w tym samym czasie. Wczoraj bracia, dziś wrogowie. Na początku chciałem się zabawić i walczyć z nimi w ludzkiej postaci. Pokazać w ten sposób, że nawet bez pomocy demona jestem najsilniejszym z paladynów. Siedzący we mnie duch przekonał mnie jednak, że przeciwnik jest zbyt silny. W końcu ich jest trzech a ja byłem sam.
W tych całych rozważaniach nie zauważyłem, że zdążyli mnie okrążyć. Przeklinałem swoją głupotę i bezzwłocznie zacząłem się przemieniać. Zaatakowali zanim skończyłem. Parowanie trzech ataków jednocześnie było trudne. Na szczęście byłem już częściowo przemieniony i dawałem radę. Musiałem jak najszybciej odskoczyć, żeby dokończyć zmianę formy. Paladyni byli jednak doskonałymi szermierzami i idealnie współpracowali. Coraz bardziej zmęczony czekałem na jakąś lukę w ich formacji. W końcu byli tylko ludźmi i na pewno szybciej opadną z sił. W końcu nadszedł moment na który czekałem. Zamieniając się pozycjami stanęli jeden za drugim. Kopnąłem pierwszego tak, żeby na siebie wpadli. Moment dekoncentracji w szyku wystarczył, żebym zdołał odskoczyć i dokończyć przemianę. Kiedy skóra demona całkowicie pokryła moje ciało spojrzałem im głęboko w oczy. Strach. Nigdy nie widzieli kogoś takiego.
- Zatańczmy - powiedziałem rzucając się do ataku.
Byli zaskoczeni moją szybkością i siłą. Ledwo udawało im sie utrzymać miecz w rękach po odbiciu ciosu. W końcu już nie byli w stanie parować uderzeń. Tańczyłem między nimi zadając rany. Nie chciałem zabijać od razu. Robiłem rany na plecach, przecinałem ścięgna i obcinałem palce. W końcu żaden nie miał siły się bronić, więc okazałem miłosierdzie i skończyłem ich żywoty.
Czułem się zmęczony. Zdałem sobie wtedy sprawę, że nie będę w stanie w pojedynkę zniszczyć całego zakonu, chyba że znajdę sposób na zwiększenie swojej potęgi.
- Nie jesteśmy tu sami - usłyszałem w głowie.
Rozejrzałem się nerwowo i zobaczyłem ciemną postac stojącą przy drzewie. Kolejny nieroztropny wędrowiec. Myliłem się. Nieznajomy zaczął biec w moją stronę. Był szybki. Cudem udało mi się zrobić unik.
- Wampir - szepnąłem
Wyszczerzył kły i ponowił atak. Tym razem byłem przygotowany. Uchyliłem się samemu wyprowadzając cios. Delikatnie raniłem go w nogę, ale zdawał się tego nie czuć. Nic dziwnego, ciężko było zabić wampira zwykłym mieczem, a srebrnego nie miałem. Stałem na straconej pozycji
- Daj mi walczyć
- Co?
- Pozwól mi przejąc kontrolę nad ciałem
- Ale jak?
- Po prostu mnie wpuść
Czułem jak jakaś siła wnika w mój umysł.
- Nie broń się.
Nagle poczułem, że tracę kontrolę nad ciałem. Moja świadomość wycofała się wgłąb umysłu i stałem się tylko biernym obserwatorem. Wampir ponowił atak. Demon szybkim ruchem złapał go za szyję i wbił w ziemię. Powtórzył ten manewr kilkukrotnie. Jeszcze nigdy nie widziałem takiej siły! W końcu wampir przestał się ruszać.
- Musimy go przesłuchać
- Po co? - spytałem troche skołowany
- ktoś go tu nasłał

Wpis 2

Wampir ocknął się po mniej więcej godzinie. W międzyczasie przypomniałem sobie, że paladyni nosza przy sobie srebrne sztylety. Demon wbił mu dwa w ręcę, a trzeci w brzuch, żeby nie mógł się ruszać. Odzyskałem panowanie nad ciałem, jednak nie wtacałem do ludzkiej formy.
- Kto cie przysłał?
Nie odpowiedział tylko wyszczerzył kły. Byłem przygotowany na takie zachowanie. Pożyczonymi z obozu paladynów obcęgami chwyciłem go za ząb i szybkim ruchem wyrwałem. Zawył w bólu.
- Będziesz gadał? - nie czekając na odpowiedź wyrwałem drugi kieł.
- Nic nie pofiem - wyseplenił.
- Jak jeszcze byłem paladynem też mieliśmy do czynienia z wampirami. Mieliśmy kilka wymyślnych tortur, a to moja ulubiona - wskazałem mu wystrugany pal - Możesz zginąc od razu albo w mękach, wybieraj.
Odpowiedział milczeniem. Więcej nie pytałem. Chwyciłem go za nogi i pociągnąłem do drąga. Próbował się wyrywać, ale sztylety skutecznie blokowały ruchy. Wszedłem na leżący pal i przystawiłem krocze wampira do naostrzonego stożka. Uśmiechnąłem się widząc przerażone oczy krwiopijcy. Wciąż trzymając go za nogi przyciagnąłem do siebie. Ryknął tak głośno, że ptaki zerwały się z drzew.
- Będziesz gadał? - przyciągnałem go jeszcze bardziej.
Krzyk, który wydawał z siebie był irytujący, ale musiałem wytrzymać. Nie mogłem mu przecież uciąć języka.
- Taki duży wampir, a jęczy jak mała dziewczynka - powiedziałem z rozbawieniem naciągając jeszcze mocniej - Możemy to skończyć, jeśli powiesz to, co chcę wiedzieć.
- Nie mogę - wycedził
- Przecież i tak zginiesz
- Na moje miejsce przyjda nastepni
- W takim razie nie jesteś mi potrzebny
Pożyczoną, również od paladynów, łopatą wykopałem niewielki dół i wbiłem w niego pal z wampirem na czubku. Wyjąłem jeden ze sztyletów i przypiąłem do pasa. Przyda się podczas nastepnego spotkania z wampirami.
Ciało krwiopijcy powoli osuwało sie w dół sprawiając mu jeszcze większe cierpienie. Wzruszyłem ramionami i odszedłem. Jeśli nie zginie z bólu to słońce go spali.

Dziennik Toma Agenora cz. 3
Wpis 1

Zostałem oskarżony o to, że mam w sobie demona! JA! Jeden z najlepszych paladynów!. Ten zakon jest nic nie warty jeśli dochodzi do tak absurdalnych wniosków. Uznano, że mój proces może mocno nadszarpnąć i tak złą reputację zakonu, toteż zdecydowano się załatwić sprawę po cichu. Ścięcia miał dokonać sam Wielki Mistrz, ot zaszczyt mnie spotkał. Trzech paladynów wywlokło mnie z celi i zaprowadziło przed oblicze mistrza. Przez dziurę w ścianie zauważyłem wschodzące słońce. Do głowy przyszedł mi fragment jednego z zasłyszanych niegdyś poematów:

"To musiał być początek końca, drzwi zamknęły się z trzaskiem
Gdy o wschodzie słońca przywiedli mnie na jego łaskę"


W moim przypadku nie ma mowy o łasce. Idę na ścięcie.

Wpis 2

W żaden sposób nie potrafię wytłumaczyć tego co sie stało. Stałem umazany krwią po środku komnaty trzymając w ręku miecz. Miecz, który przed chwilą opadał na moją szyję.
Krew była wszędzie - na ścianach, podłodze, meblach, a nawet na suficie. Wokół mnie leżały cztery pozbawione głów ciała. Wielki Mistrz i jego straż przyboczna leżeli martwi u mych stóp. Pokonałem ich? Sam? Nic nie pamiętam. Spojrzałem na trzymającą miecz rekę i doznałem szoku. Była czarna i pokryta jakimś dziwnym pancerzem. To jeszcze było nic w porównaniu z tym co ujrzałem widząc swoje oczy odbijające się w ostrzu. Żarzyły się czerwienią. Nie wiem jakimi słowami mógłbym opisać ten widok. Z pewnością nie istnieją określenia mogace opisać piekno i grozę, które w nich były. Zdarłem z siebie ubranie. Całe ciało pokryte było czernią i dziwną skórą. Najdziwniejsze byłojednak to, że czułem się...wspaniale! Jak nowonarodzony! Znów miałem ochotę żyć. Zmieniło się tylko jedno, zapragnąłem krwi, ale nie tak jak jakis cholerny wampir. Chciałemwidziec posokę płynącą po ulicach, ludzi rzucających swoich bliskich wprost pod moje ostrze. Chciałem nieść ból i cierpienie. Chciałem osieracać dzieci. Chciałem stać się najwiekszą tragedią w życiu każdego człowieka, potworemm którym będzie sie straszyć niegrzeczne dzieci. Zapragnąłem tego bardziej niż czegokolwiek innego. Czas spełnić marzenia!
- Od teraz będziemy jednością - powiedział głos w mojej głowie.

Wpis 3

Ludzie uciekali w popłochu widząc co robię z ich sasiadami. Nieliczni strażnicy przebywający w miasteczkach dzielnie stawiali opór. Byłem jednak zbyt szybki i zbyt silni, żeby6 mogli mnie zranić. Potrafiłem przewidzieć, gdzie spadnie uderzenie jeszcze zanim przeciwnik wziął zamach. Ciąłem pewnie i precyzyjnie zabijając jednym uderzeniem. Nielicznym pozwalałem przeżyć, żeby mogli rozpowiedzieć historię o demonie w ludzkiej postaci.
Na ulicach działa się istna rzeź. Zabijałem wszystkich bez względu na wiek, płeć czy status społeczny. Topiłem kobiety w krwi ich mężó, dzieci w krwi rodziców. Cierpienie, które zadawałem dodawało mi sił. Z każdą kolejną ofiarą stawałem sie potężniejszy. Stawałem się Bogiem! Jeszcze kilka tygodni i zaatakuje paladynów. Zapłacą za swoją głupotę i ignorancję. Zakon zostanie zapomniany.

Dziennik Toma Agenora cz. 2
Wpis 1
Nie wiem co się ze mną dzieje. Od kilku tygodni czuje się jak zaupełnie inna osoba. Przestałem się uśmiechać i żartować. Dotychczasowe uciechy przestały dawać radość. Wino przestało smakować, a chędożenie dziewek nie daje już takiej radości jak kiedyś. Zwykłe błahostki sprawiają, że mam ochotę sięgnąć po miecz i wyciąć całą wioskę. Kilka dni temu obciąłem rękę kobiecie tylko dlatego, że wyciągnęła ją po jałmużnę. Nie panowałem nad sobą. Czułem jak kontrolę nad ciałem przejął ktoś inny. Jakaś tajemnicza siła wyparła moją świadomość z umysłu odsyłając ją w pustkę. mimo tego dokładnie pamiętam całe zajście i gniew jaki mi wtedy towarzyszył. Chciałem wyrżnąć wszystkich na ulicy, łącznie z dziećmi.
Kompani stracili do mnie zaufanie. Milkną rozmowy gdy jestem w pobliżu. Czuje na sobie ich wzrok. Wzrok pełen pogardy i nienawiści. Szykują bunt? Chcą mnie zabić po cichu czy zaatakują honorowo? Nie ważne. Będę gotowy na każdą ewentualność.

Wpis 2

Mam koszmary. Widzę w nich twarze ludzi, których zabiłem. Ale przecież to nie byli ludzie tylko ciała opanowane przez złe moce. Zwykłe powłoki chroniące demony. Nie powinienem ich wspominać, a jednak przychodzą w snach. Obserwuje zapłakane twarze kobiet i mężczyzn, czasem dzieci. Demony nie patrzą na wiek czy płeć. Zależy im tylko na znalezieniu odpowiedniego nosiciela. Błagania, szlochanie, skamlenie. Wszystkie te sytuacje wracają każdej nocy. Nie jest mi żal tego co zrobiłem, zastanawiam się tylko czy można było uniknąć tej rzeźi.
Nie wiem jak długo jeszcze wytrzymam. brak snu i ciągłe rozmyslania niszczą mnie psychicznie. Myślę, że tracę resztki człowieczeństwa i staje się tym, za co ludzie uważają paladynów - maszyną do zabijania. Pozbawioną świadomości istotą ślepo wykonującą rozkazy. Czy z każdym paladynem tak się dzieje? Czy ten stan kiedyś minie? Muszę spytać mistrza gdy wrócimy do siedziby zakonu.

Wpis 3

Nie myliłem się co do towarzyszy. Otwarcie kazali mi się poddać i rzucić broń. Głupcy. Walka nie trwała długo. Mimo, że byłem gotowy nie miałem szans z trójką paladynów. Związali mnie i cały czas pilnowali. Jutro dojedziemy do siedziby zakonu i tam może wreszcie się czegoś dowiem

Wpis 4

Siedzę w zakonnych lochach. Nie wiem o co jestem oskarzony. Nikt nie miał odwagi spojrzeć mi w twarz.
Cela jest mała i ciemna. jestem tu sam, ale wyczuwam czyjąś obecność. Nigdy wcześniej nie byłem w takim stanie. Czuje w sobie jakąś inną istotę. Zapewne jest to kolejne urojenie stworzone przez wyniszczony umysł.
od czasu do czasu słyszę głosy. Na początku myślałem, że to strażnicy, ale posterunek jest zbyt daleko bym mógł cokolwiek usłyszeć. To na pewno zmęczenie. Nie spałem od wielu dni i jestem wykończony. Spróbuje zasnąć.

Dziennik Toma Agenora cz.1
Ciemność. Wszędzie panował mrok. Jakby bogowie przykryli świat czarną kurtyną. Do tego deszcz utrudniający i tak już mierną widoczność.
Biegłem przez las w towarzystwie innch paladnów. Wczuliśmy demona w jednym z mieszkańców wioski, w której zatrzmaliśmy się na nocleg. Jakiś pomniejszy i zupełnie niegroźn diabełek, ale takich też musimy niszczyć. Zbliżaliśmy się do niego z każdą mijającą sekundą. Nie miał najmniejszych szans uciec przed czwórką paladynów. Przed czwórką samozwańczej elity Zakonu, słynnego EMP. Ten skrót zawsze przyprawiał mnie o atak śmiechu.
- Skup się! - krzyknął ktoś obok.
Miał rację. Nie czas na zaprzątanie umysłu błahostkami. Byłem zły, głodny i przemoczony. Do tego zmęczenie zaczęło dawać o sobie znać, a miecz coraz bardziej ciążył. Biegaliśmy po tym lesie już dobre pół godziny. Na szczęście naszemu celowi też zaczynało brakować tchu.
- Zatrzymał się.
- Też to wyczułem - odpowiedziałem zadowolony.
Po chwili wbiegliśmy na niewielką polanę. Chmury wreszcie odsłoniły księżyc i mogliśmy spojrzeć na opętanego. Leżał na trawie ze wzrokiem utkwionym w naszej czwórce. Wyglądał na przerażonego. Dostrzegłem sidła zaciśnięte na jego nodze. Czyli to jakiś kłusownik nieświadomie nas wyręczył. Trzeba będzie go znaleźć i nagrodzić.
W tym momencie stało się coś dziwnego. Przestaliśmy wyczuwać demona.
- To niemożliwe - powiedziałem do swoich towarzyszy
Byli równie zaskoczeni. Co tu się do cholery dzieje? Przecież demon nie może ot tak sobie opuścić ciała. Jak już kogoś opęta tylko śmierć może ich rozdzielić. Śmierć, która miała dopiero nadejść.
- Błagam nie róbcie mi krzywdy - zaskomlał chłop.
- Czym jesteś? - spytałem
- Jestem prostym rolnikiem. Nazywam się...
Uderzyłem go w twarz. Nienawidzę takiego bełkotu.
- Nie pytam kim tylko czym jesteś.
- Nie rozumiem. Panie puśćcie. W domu żona i córeczki dwie czekają. Jedna do żeniaczki się szykuje.
Tym razem uciszyłem go kopniakiem prosto w szczękę. Musiał zrozumieć, że im szbciej i zwięźlej będzie odpowiadam ,tym lepiej.
- Mam głęboko w dupie twoją rodzinę - przystawiłem mu miecz do gardła - Mów co chcę wiedzieć.
Rozpłakał się. Skomlał, błagał, obiecywał służbę, ehh zawsze to samo.
- Odprawimy zaklęcie - rozkazałem
Okrążyliśmy leżącego i zaczęliśm recytować inkantacje. Demon powinien za chwilę się pojawić. Nie pojawił się. Przy drugiej próbie stało się to samo ,czyli nic.
- P-panie błagam - szlochał mężczyzna - Jestem zwkłym rolnikiem.
- Co teraz? - spytał jeden z moich towarzyszy
- Wszyscy czuliśmy demona. Coś w nim musi być. Nie możemy go puścić.
Przytaknęli. Uniosłem miecz i stanąłem nad ofiarą. Już nie było płaczu. Nagle wszystko ucichło.


© 2007 - 2009 by Marwelln
Nazwa użytkownika

Hasło



Kliknij tutaj aby się
zarejestrować!

Kliknij tutaj, aby uzyskać
nowe hasło.
Ankieta
Brak przeprowadzanych ankiet.
Shoutbox
Musisz się zalogować aby wysłać wiadomość.

[off] 18-06-2014 09:06
Ktoś tu jeszcze zagląda? : o

[off] 09-12-2012 18:21
Sam Twa propozycja została rozpatrzona i wcielona w życie Uśmiech

[off] 09-12-2012 17:54
Powalczę ze spamem, zobaczymy czy wyjdę z tego zwycięsko Uśmiech

[off] 02-12-2012 12:13
Nadal burdel. Proponuję zrobić rejestrację na aktywacje admina/moda...

[off] 16-11-2012 11:37
Jeśli tu zaglądacie ludzie (Sam, Iz, Night- wy chyba jesteście jedynie nie spamowi poza adminami) wysłałam wam wiadomość na pw!

37,511 unikalne wizyty