Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl
Grudzień 16 2018 19:39:57        
Strona głównaRegulaminArtykułyForumBlogiLinkiKategorie newsów
Nawigacja
Aktualnie online
· Gości online: 1

· Użytkowników online: 0

· Łącznie użytkowników: 504
· Najnowszy użytkownik: Hxnphbkt
Ostatnio na forum
Najnowsze tematy
· Ugg mfjnqvzrwl
· Ugg ndyayamldu
· Ugg vcgneckhxx
· Ugg nnljphqghb
· Ugg euyjljurhc
Najciekawsze tematy
· Plotki i Ploteczki [33]
· Propozycje świat... [29]
· Rozdział I [24]
· Poznajemy się! [22]
· Filmowo! [21]
Ostatnie artykuły
Brak artykułów
Info online

Blogi tego użytkownika:
Jul, 22 -12 17:01
 Akum - Prolog (5)
Jul, 20 -12 13:26
 Sumienie (2)
Jul, 19 -12 18:06
 Walka Stulecia (3)
Jul, 18 -12 16:52
 Bloody Ink (0)
Jul, 16 -12 10:44
 L'amore Fatale (1)
Jul, 16 -12 10:37
 Życie Anioła (2)
Akum - Prolog
Szeroki świat jest pełen wielkich cierpień, i wielkich radości, mój przyjacielu. To pierwsze utrzyma Cię na właściwej drodze, a drugie sprawi że podróż będzie znośna.

- Robert Anthony Salvatore
Legenda Drizzta




Wiał silny wiatr, pogoda nie była najlepsza do wędrówek, deszcz moczył ziemię. W powietrzu unosił się zapach siarki, dało się słyszeć tylko szum żywiołu. Teren nie był płaski, co utrudniało drogę. Dominowały tu wzgórza i pagórki, w oddali, za osłoną mgły, majaczyły góry, pokryte jeszcze grubą warstwą śniegu. Zdawało się, że nikt nie zapuści się na te tereny. Miejsce to było przeklęte.

Wśród okolicznych mieszkańców krążyła plotka o demonie, mieszkającym w górach. Plotka z czasem się rozeszła tak, że niebawem cały świat poznał historię Akuma. Pół diabła – pół anioła, demona zaklętego w sakle i ukrytego wśród gór. Legenda głosiła, że ów demon był niesamowicie silny i nade wszystko pragnął władzy. Z tego powodu anioły zamknęły go w zaczarowanym więzieniu, by już nigdy nie wyszedł. A śmiałek, który uwolni Akuma miał być na zawsze przeklęty.

Ten dzień nie różnił się niczym od innych, tutaj zawsze panowała taka pogoda. Wioska tętniła życiem, wszyscy mieszkańcy byli zajęci swoimi sprawami. Jednak coś się zmieniło. W tej małej mieścinie każdy znał każdego, a wieści rozchodziły się bardzo szybko. Teraz nie było inaczej. Do osady przybył wędrowiec, ciemny płaszcz i kaptur chroniły go przed ciekawskimi spojrzeniami. Nie zatrzymywał się, żeby z kimś porozmawiać. Zdawało się, że droga do miejsca, w które zmierza, jest głęboko wyryta w jego umyśle.

Minął wioskę, nawet nie odpoczywając i skierował się w góry. Czasem wybierali się tam ludzie, żeby pospacerować lub posiedzieć w samotności, ale nigdy nie zapuszczał się do tego miejsca nikt obcy. Dlatego zachowanie przybysza dziwiło osadników. Mimo złej pogody, wędrowiec pokonał górski szlak i kierował się w wyższe partie gór. Ci, którzy zdążyli go dostrzec, byli zarówno pełni podziwu dla jego postawy, jak i pewni, że wędrowiec po prostu postradał zmysły.

Nie sądzili jednak, żeby obchodziła go postawa innych. Nie mylili się. Dostał się na najwyższy szczyt góry, zapewne zmęczony, choć tego nie okazywał. Wiatr tutaj był jeszcze silniejszy, prószył też śnieg. Wędrowiec znalazł grotę wśród skał, przeciśnięcie się przez cienką szczelinę było trudne, ale wykonalne. Kiedy już tam dotarł spostrzegł lodową rzeźbę. Przedstawiała niebezpiecznego, ale jakże pięknego, pół anioła – pół demona. Z jego pleców wyrastały skrzydła, do połowy puszyste, u dołu zostały z nich same kości. Twarz potwora przyciągała swoją nieziemskością, ale wargi ułożone były w ironicznym uśmiechu, pełnym wyższości. Czy pasował do demona z legendy? Tak.

Wędrowiec podszedł do rzeźby i lekko położył na niej dłoń, ukrytą pod czarnym materiałem rękawicy. To wystarczyło, lód zaczął się topić. Powoli odchodził ze skrzydeł, później z twarzy demona, aż w końcu ten stał przed nim w całej swej okazałości. Poruszył skrzydłami, rozprostowując je i przeniósł swoje spojrzenie na wędrowca. Było one pełne pogardy.

- Jednak znalazł się śmiałek. – Jego głos przyprawiał o ciarki. – Zostaniemy ze sobą bardzo długo. – Tego dnia wśród gór rozszedł się krzyk tak głośny, iż był słyszany wśród mieszkańców wioski. Krzyk przeklętego.

Sumienie
~1~

Szelest liści. Krople deszczu, spadające na leśne poszycie. Ciepło. Czuje się taki słaby, zwiotczały; jak gdyby uleciała z niego cała energia. Spir pewnie porównałby ten stan do leżenia w wannie pełnej gorącej wody, po zażyciu aspiryny.
On jednak nie relaksuje się w kąpieli. Jego ciało, wtedy ciężkie jak ołowiana kula, padło na ziemię i do tej pory się nie podniosło. Pamięta, że zamknął wtedy oczy, a teraz nie ma nawet ochoty ich otwierać. Chyba nie chce widzieć wokół siebie pustki.
Czuje tylko deszcz, opadający na jego policzki i żłobiący ścieżkę w dół jego twarzy. Ciekawe czy te udawane łzy mogłyby go przywołać. Pewnie nie. Już dawno pozbył się nadziei, bo wiedział, że sprawia ona tylko ból, kiedy okazuje się złudna.
Zastanawia się skąd to ciepło, które go ogarnia. Ach tak, już pamięta. Leży przecież na własnej krwi. Pewnie wciąż wypływa z jego boku. Właściwie, zanim upadł w jego wnętrzu coś się poruszyło. Prawdopodobnie kula nie przeszła na wylot. Wtedy mógłby się szybciej wykrwawić. Teraz też niechybnie go to czeka, ale będzie umierał znacznie wolniej.
Wie, że nawet jeśli uda mu się wstać, nie wyjdzie z lasu. Za daleko. Nie ma też co liczyć na pomoc. Ci, którzy wiedzą, że tu przyszedł sami chętnie by go dobili, aby mieć pewność, że już się nie podniesie. Ilu osobom zalazł za skórę i sprawił, że stali się jego wrogami? Teraz już nie pamięta. Wie tylko o jednej.
Kiedy to się właściwie zaczęło? Tamtego dnia był tak pogrążony w swoich myślach, że data nie wyryła mu się w pamięci. Nigdy nie liczył czasu, więc nie wie ile minęło. Od kiedy żyje tylko ze względu na niego? Od kiedy bezmyślnie czeka na jego powrót i na to, żeby zobaczyć dezaprobatę w jego oczach? Od kiedy nie może nawet otworzyć lodówki, dopóki on nie powie mu, że ma to zrobić?
- Trzy lata.
Tak, chyba tak.

~2~

Tamtego dnia też padał deszcz. Wtedy nie zapłakał ani razu. Może był zbyt otumaniony prochami i alkoholem, a może to tylko wina jego nieużywanego sumienia. W każdym razie, wszyscy inni wylewali łzy za niego. Pamiętał, że wziął ze sobą parasol, ale nawet w garniturze musiał wyglądać niezdrowo, bo jakaś starsza kobieta (nigdy nie miał pewności, ale chyba była to któraś z kolei zrozpaczona ciotka) położyła mu dłoń na ramieniu i zapytała czy (poza faktem oczywistym) wszystko w porządku. Gdyby tylko wiedziała! Ale wiedzieć nie mogła.
Zignorował ją wtedy, a ona nie drążyła dalej. Wydawało mu się, że sama zorientowała się o jego samopoczuciu. Nie mogło być lepsze niż jej. A przecież było znacznie gorsze. Wiedział, że nie powinien się tu pojawiać. Pomyślał jednak, że może w ten sposób będzie mu łatwiej się z tym uporać. Nie było.
Kiedy wszyscy się rozeszli, stał jeszcze chwilę z daleka, pod drzewem. Dopiero, kiedy nad głową usłyszał złowieszcze krakanie wrony, ruszył się i podszedł bliżej. Spojrzał na tabliczkę, znaczącą świeżo zakopany grób. Zapisano na niej tylko dwa słowa:
Matthew Spencer
Żadnej daty urodzin ani śmierci. Jego dalsza rodzina nie interesowała się nim do momentu, w którym dowiedzieli się, że nie żyje. Był bękartem, a jego matka trzymała w sekrecie narodziny dziecka. Nikt nie wiedział, kiedy dokładnie przyszedł na świat.
Poza nim.
Miałeś tylko dwadzieścia trzy lata, prawda Matthew?
Jeszcze długo stał tam i po prostu patrzył. Nie przejmował się deszczem, właściwie w ogóle go nie czuł. Słyszał tylko jego dudnienie, kiedy spadał na parasol i moczył ziemię. W końcu ruszył w stronę bramy, rzucając ciche:
- Żegnaj Spir.

***

Przez następny miesiąc jego życie nie różniło się zbytnio od dnia przed pogrzebem. Rano brał prysznic, męcząc się z kacem i szukał tabletek, które zniweczyłyby okropny ból głowy, a kiedy takowych nie znajdował wybierał się do apteki. W drodze powrotnej wstępował do baru, żeby tłustym hamburgerem zapełnić żołądek pusty po wymiotach i kupował kolejne butelki. Zasypiał, kiedy wszystko wypił, a następnego dnia cały cykl się powtarzał. Zmieniło się to dopiero, kiedy w końcu świat zewnętrzny się o niego upomniał.


~3~

Z Matthew poznał się dawno temu. Kiedy miał dwadzieścia pięć lat naprzeciwko jego mieszkania wprowadzili się jacyś obcy ludzie. Była ich dwójka. Mężczyzna po czterdziestce i młody chłopak. Wyglądali całkiem zwyczajnie. W tych czasach często widuje się rozbite rodziny, więc nie było w nich nic dziwnego. On też raczej się nimi nie przejmował. Widywał ich tylko sporadycznie. Ojca chłopaka, kiedy wychodził rano do pracy czasami dostrzegał przez okno. Innym razem spotykał go na zakupach w sklepie. Jednak jego syn pozostawał zagadką.
Z czasem pozostali sąsiedzi zaczęli się tym interesować i szeptać różne rzeczy po kątach. Słyszał nawet plotkę, że chłopak jest niepełnosprawny i mnie może nigdzie wychodzić, ale przecież wszyscy widzieli go pierwszego dnia, więc ta teza nie miała żadnych podstaw. To znaczy, logicznych podstaw.
Dla niego wszystko stało się jasne jakieś pół roku po wprowadzeniu się dziwnej pary. Dwa miesiące po tym wydarzeniu, miał w końcu okazję spotka się z tajemniczym chłopakiem. Kiedy wracał ze sklepu, usłyszał kłótnię, z której co prawda zbyt wiele nie zrozumiał, ale zobaczył po tym młodzieńca, szwendającego się po ulicy. To była dobra okazja, żeby czegoś się dowiedzieć.
- Zamarzniesz, jeśli tu zostaniesz. – Widział zaskoczony wzrok na młodej twarzy. – Stawiam piwo. – Uniósł siatkę z puszkami i skierował się w stronę swojego domu, otwierając drzwi. Słyszał za sobą kroki.
Zrzucił buty i powiesił kurtkę, po czym przeszedł do salonu i usiadł na kanapie, rozkładając nogi na ławie. Spojrzał na swojego gościa, stojącego w wejściu.
- Siadaj. Tylko zdejmij buty, nie chcę mieć błota w salonie. – Wyjął z siatki dwie puszki piwa i jedną położył na blacie. Drugą otworzył, unosząc do ust i upił łyk.
Po chwili miejsce obok niego ugięło się od ciężaru, a do jego uszu dotarł dźwięk otwieranej puszki. Milczeli. Wiele razy już przechodził takie sytuacje. Wiedział że cisza najbardziej przeszkadza temu, kto spodziewa się pytań.
- Ty pewnie też zastanawiasz się dlaczego nie wychodzę z domu, co?
Skinął głową, nic jednak nie mówiąc. To widać wystarczyło, by chłopak zaczął mówić, bo za chwilę z jego ust wydostał się cały potok słów.
- Widzisz, Jason nie jest moim ojcem, wbrew temu co wszyscy tu myślicie. To tylko mój opiekun, przydzielony przez urząd. Uznali, że skoro do osiemnastki został mi niecały rok, to nie potrzebuję miejsca w domu dziecka. Moja matka przedawkowała. – Wzruszył ramionami, odpowiadając jednocześnie na nieme pytanie gospodarza. – Nie chcę wychodzić na zewnątrz, bo tego nie potrzebuję. Wszystko, co muszę mieć, mam w domu. Dzisiaj Jason najwyraźniej nie wytrzymywał i zabrał mi komputer. Właśnie o to się pokłóciliśmy.
No tak, to by wszystko wyjaśniało. Skoro nie mógł oderwać się od komputera, to nic dziwnego, że jego opiekun w końcu się wkurzył.
- Nie jestem maniakiem – powiedział do razu. – W ten sposób oszczędzam i zarabiam na dalsze życie. Oczywiście Jason nie może o tym wiedzieć, miałbym kłopoty.
- Czym się zajmujesz? – zapytał, zanim zdążył się powstrzymać. W jaki sposób taki dzieciak mógł zarabiać na życie, siedząc przy komputerze?
- Jestem zawodowym hakerem. – Uśmiechnął się pod nosem. – Może nie powinienem tego mówić, ale i tak niczego mi nie udowodnisz – powiedział szybko, choć i tak dosłyszał w jego głosie nutę zaniepokojenia.
- Dobrym? – Postawił na ławie pustą puszkę i spojrzał na niego pierwszy raz od rozpoczęcia rozmowy.
- Najlepszym! Potrafię włamać się wszędzie!
- W takim razie dobrze się składa, że na siebie trafiliśmy. Mam dla ciebie pracę.
- Dobrze płatną? – Odłożył prawie nietknięte piwo i usiadł wygodniej, patrząc na niego.
- Bardzo dobrze, jednak jest jedno „ale”. Chcę mieć cię na wyłączność, a więc koniec z wszelkim oszczędzaniem, jakim zajmujesz się teraz. Dalej… Muszę mieć cię blisko, dlatego zamieszkasz ze mną, bo domyślam się, że ten dom nie jest twój.
Skinął głową, potwierdzając jego domysły.
- Na czym polega twoja praca?
- Na szukaniu ludzi. Niestety często jest to żmudne zajęcie, więc przyda mi się ktoś taki jak ty. Oczywiście pracę u mnie zaczniesz dopiero, kiedy skończysz osiemnaście lat. Wcześniej nie możesz się do mnie wprowadzić, więc będziesz nieprzydatny.
- Zgoda!
- Świetnie, w takim razie mamy umowę. Jak masz na imię?
- Matthew.
- Jestem Thomas. Witam w interesie.


~4~

- Spir, chodź tutaj!
- Wciąż nie mogę przyzwyczaić się do tej ksywki. – Do salonu wszedł młody mężczyzna z kubkiem kawy w dłoni. – Co jest? Nowy cel?
- To w końcu się przyzwyczaj. Mniejsze ryzyko wykrycia. – Wcisnął mu w ręce laptopa, zabierając kawę.
- Mówiłem ci już, nikt nie jest w stanie mnie wykryć. – Usiadł na kanapie, otwierając komputer.
- Jesteś cholernie pewny siebie jak na trzy lata pracy. – Upił łyk, przymykając oczy. Może kawa postawi go na nogi.
- To aż trzy lata.

***

- Spir, cholera! Mówiłeś, że nikt nie jest w stanie cię znaleźć! – Wściekły roztrzaskał kubek na ścianie.
- Thom? – Zaskoczony chłopak zabrał mu z rąk laptop, zanim skończył jak potłuczona porcelana.
- Ktoś dowiedział się kim jesteś! Wiedzą gdzie mieszkasz, jak masz na imię i ile masz lat! Wszystko! Kurwa!
- Przecież nic się nie stało… Co mogą zrobić? Donieść policji? Przecież nie będą wiedzieli, że mnie wynająłeś.
- Do cholery! Od tego zależy moja praca!
Odetchnął głęboko.
- Żadnego korzystania z komputera, dopóki czegoś nie wymyślę. I bez sprzeciwów.


~5~

Obudził go dźwięk telefonu. Przekręcił się na bok i jęknął głośno, czując ból w okolicy skroni. Kto miał czelność do niego wydzwaniać o tej porze?! Odebrał, nie sprawdzając nawet numeru na wyświetlaczu.
- Kimkolwiek jesteś, lepiej, żebyś miał ważną sprawę, skoro budzisz mnie w środku nocy.
- Rusz swój tyłek i odsłoń okno. Dochodzi południe. Koniec odpoczywania, czas brać się do roboty. Mam dla ciebie nowe zlecenie.
- Pieprz się, James. – Rozłączył się i zamknął oczy.
Zaklął, kiedy przy uchu zadzwoniła mu komórka, oznajmiając odebranie wiadomości.
Dziś o piątej ofiara będzie przemawiać w centrum. Później wyślę ci zdjęcie. Nie spóźnij się.
- Dupek.
Zwlekł się z łóżka i doszedł do łazienki, wchodząc od razu pod prysznic. Oparł czoło o zimne kafelki, pozwalając, żeby lodowata woda choć trochę go otrzeźwiła. James miał rację, musi przestać użalać się nad sobą.

***

O wyznaczonej godzinie, był na miejscu. Czekał na dachu, z którego miał widok na plac. Ustawił już broń, teraz wystarczyło czekać na cel. Przemawia, więc pewnie to ktoś sławny. Nie był ostatnio na bieżąco z polityką, więc nie miał pojęcia o kogo chodzi, ale może to i lepiej. Przynajmniej nie będzie musiał wysłuchiwać w wiadomościach, że kogoś zamordował.
Odebrał telefon, czując wibracje w swojej kieszeni.
- Jesteś tam? – Cholerny James.
- Czekam na zdjęcie. Broń jest gotowa, ja też.
- W porządku, wyślę ci je. Pamiętaj, ze masz tylko jeden strzał. Nie chyb.
- Czy kiedykolwiek chybiłem? – Zacisnął mocniej dłoń na kolbie.
- Do tej pory nie.
Rozłączył się, czekając na wiadomość. Przyszła po chwili. Jakiś starszy człowiek, nie będzie z nim problemu. Nie był aż tak stary, ale na pewno starszy od niego. Westchnął cicho, jeszcze tyko trochę.
Odwrócił się w stronę placu, kiedy usłyszał brawa. Wymierzył odpowiednio, nie zamierzał tu długo czekać. Wykona robotę i wróci do domu, gdzie czekały na niego butelki, w które zawczasu się zaopatrzył. Położył palec na spuście. Jeszcze tylko kilka sekund. Cofnął gwałtownie dłoń, kiedy starzec wziął na ręce jakąś dziewczynkę. Rodzina? Nie, nieważne. Wtedy się nie zawahał, teraz też tego nie zrobi. Tak drobny element nie miał znaczenia.
Odetchnął i ponownie położył palec na spuście. Po chwili w głowie usłyszał huk wystrzału.

***

Kluczyki i komórka z głośnym brzdękiem wylądowały na blacie stołu. Już wcześniej ją wyłączył, więc nikt nie będzie mu przeszkadzać. Otworzył lodówkę, wyjmując z niej ćwiartkę dobrej polskiej wódki. Dawała największego kopa. Nie przejmując się nalewaniem czegokolwiek do kieliszków, pociągnął spory łyk z butelki.
- Zaszkodzi ci, jeśli wciąż będziesz tak pił.
Odwrócił się szybko, słysząc głos za sobą i nieomal upuścił szkło na podłogę. Widok, który zastał mógł być tylko wynikiem alkoholu. Ale przecież nic jeszcze nie wypił.
- Nie patrz tak, jakbyś zobaczył ducha. No dobrze, może powinieneś tak patrzeć, ale bez przesady. Nie jestem Kubą Rozpruwaczem.
Na blacie siedział Matthew. Ten sam, którego pogrzeb odbył się nie tak dawno temu. Ten sam, którego ciało powinno teraz gnić w ziemi razem z robakami. Ale nie wyglądał na martwego.
Chłopak westchnął ze zrezygnowaniem.
- A jednak się spóźniłem, już ci zaszkodziło. Wódka przepaliła ci przełyk czy może w jakichś niewyjaśnionych okolicznościach pozbyłeś się języka?
Chciał coś powiedzieć, ale po opadnięciu na krzesło, zdołał wydusić z siebie tylko jedno, krótkie słowo.
- Jak?
- Właściwie to sam nie wiem. Byłem w stanie zobaczyć co się z tobą dzieje, a widząc, że sobie nie radzisz, postanowiłem przyjść. I oto jestem. – Rozłożył ręce jak magik. – Ale wiesz, tego, co mi dzisiaj pokazałeś się nie spodziewałem. Widać nie znałem cię tak dobrze, jak sądziłem.
- Tego, co ci pokazałem?
- Całkiem nieźle strzelasz.

~6~

Ochlapał twarz zimną wodą i odetchnął głęboko. Co się działo? Miał przywidzenia? Nie, przecież nie było z nim jeszcze tak źle. Ale to nie było normalne. Otarł twarz ręcznikiem. Nawet, jeśli uzna, że to dzieje się naprawdę, to zrobił coś niewybaczalnego. Pokazał Spirowi swoją prawdziwa twarz. To, czym się zajmował. Nigdy nie chciał mu o tym mówić. Miał kilka powodów. Pierwszym z nich był fakt, że Spir dla niego pracował. Szukał informacji o jego celach, dzięki czemu szybciej się do nich dostawał. Nie chciał, żeby miał wyrzuty sumienia. Po drugie, traktował Spira jak przyjaciela, a taka informacja mogła go nie tylko wystraszyć, ale też sprawić, że go znienawidzi.
- Co robisz tam tak długo?
Ocknął się z tych rozmyślań. Nie słyszał pukania, ale jego głos go rozbudził. Westchnął cicho i otworzył drzwi do łazienki. Chłopak stał oparty o ścianę.
- Matthew…
- Czy to nie ty mówiłeś, że ksywki są bezpieczniejsze? Nazywaj mnie jak dawniej, Thom.
- Obaj dobrze wiemy, że nie jest i nie będzie jak dawniej.
- Nie, ale może być przynajmniej podobnie. Jeśli się postarasz.
- Dlaczego miałbym? – zapytał kąśliwie, chociaż dobrze wiedział. Nie zamierzał się jednak do tego przyznawać.
- Bo tęsknisz.
Tak, to też.

***

- I jak? Przetrawiłeś już informację, że tu jestem?
Siedział na kanapie i stukał w klawisze laptopa. Thomas umiejscowił się obok, od niechcenia przerzucając pilotem kanały w telewizji.
- Powiedzmy, że jeszcze nie jestem w stanie uwierzyć, że zwariowałem, więc chyba tak.
- Cóż, najwyraźniej tyle musi mi wystarczyć. A skoro to już mamy za sobą, idziemy na zakupy. Musisz kupić sobie w końcu coś normalnego do jedzenia.
- Sam idź, jeśli jesteś głodny.
- Nie jestem, nie muszę jeść. Tak sądzę. A poza tym, będzie trochę dziwnie, jeśli osoba powszechnie uznawana za zmarłą stanie przy kasie i zacznie rozmawiać z ekspedientką.
- I tak nie wychodziłeś z domu, nikt cię nie rozpozna.
- Ale to ty masz jeść.

***

Szedł przed siebie ze skwaszoną miną, pchając wózek w supermarkecie. Spir szedł obok niego z uśmiechem zwycięzcy.
- Nie szczerz się jak głupi do sera. Po prostu zgłodniałem. – Nie zwracał uwagi na ludzi, którzy patrzyli na niego jak na wariata, zdziwieni, że tłumaczy rzecz oczywistą.
- Jasne. Ale teraz pakuj warzywa do wózka. Musisz zacząć odżywiać się jak dawniej. Po prostu mistrz kuchni.
Prychnął pod nosem, rozbawiony. Odżywiać się jak dawniej, też coś. Przecież właśnie to robił. Zawsze jadał mrożonki albo dania na wynos. Zaczął gotować dopiero, kiedy zamieszkał z nim Spir. Znajomy wyświadczył mu wtedy przysługę i dał kilka lekcji. Nie rozumiał jak Matthew tak od razu mógł nazwać go mistrzem. Chyba nigdy wcześniej nie miał w ustach niczego zjadliwego. Z drugiej strony, cieszył się z tego i nie zamierzał go uświadamiać.
Stanął w końcu przy kasie z rozbawieniem obserwując Spira, który oglądał wszystko z zainteresowaniem i po prostu nie mógł usiedzieć w miejscu. Dzieciak. Aż dziw, że nikt nie zwrócił mu jeszcze uwagi.
- Ty chyba naprawdę jeszcze nigdy nie byłeś w sklepie. – Zignorował kobietę, która popatrzyła na niego dziwnie. Nie zamierzał się tym przejmować, to w końcu prawda.
- Kupowałem wszystko przez internet.
- Maniak.

~7~

Kiedy siedział przed telewizorem i jadł przygotowany przez siebie posiłek, zadzwonił jego telefon. No tak, włączył go przed wyjściem do sklepu. Spojrzał na wyświetlacz i od razu odłożył go z powrotem. Nie miał teraz ochoty gadać z Jamesem. Wiedział, ze swoją robotę wykonał doskonale, więc mógł mieć tylko jeden powód, żeby się z nim kontaktować.
- Czemu nie odbierzesz? – odezwał się Spir, kiedy znów usłyszeli piosenkę, której tytułu nawet nie znał. Dziwne, że jeszcze jej nie znienawidził, biorąc pod uwagę fakt jak bardzo irytowała go dzwoniąca komórka.
- Bo pewnie jedyne, co James ma mi do przekazania to „kto, gdzie i kiedy”.
- Czy to nie twoja praca? O ile wiem, szefa się nie ignoruje.
- Ja pracuję na specjalnych warunkach. Jestem najlepszy, a moja strata kosztowałaby Jamesa o wiele za dużo, żeby mógł sobie na nią pozwolić. Dlatego mogę go olewać ile tylko dusza zapragnie. Poza tym, nie powinieneś się cieszyć, że nie odbieram? Musiałbym zabić kolejnego człowieka.
- Nie jestem specjalnie zaskoczony tym, co robisz. Myślisz, że uwierzyłem w twoją bajkę o szukaniu ludzi? Wiedziałem, że zajmujesz się czymś nielegalnym. Może nie przeszło mi przez myśl akurat to, ale coś tam wiedziałem. Poza tym, wiesz, nie tak trudno cię rozpoznać. Wbrew pozorom, po tym jak często obrywałem od ciebie po głowie, nauczyłem się faktury twojej dłoni na pamięć.
Mężczyzna spojrzał na niego gwałtownie, a było to spojrzenie czystego szoku i przerażenia.
- Nie mam ci tego za złe. Jason ci kazał, prawda? Domyśliłem się, kiedy przypomniałem sobie „szlaban”.
- Nie miałem wyboru – mruknął, zmieszany. – Jeśli nie ja, zrobiłby to ktoś inny. Zapewne dużo gorzej.
- Rozumiem to, nie martw się. Jestem ci nawet wdzięczny.
- Wdzięczny? – Prychnął głośno. – Spir, jak możesz być mi wdzięczny za coś takiego? Posłuchaj sam siebie.
- Jestem wdzięczny, bo zrobiłeś to szybko. Ktoś inny na pewno byłby gorszy.
Westchnął cicho. Te słowa… I to, że Spir wciąż mu ufał… Bolało go to. Bolało, bo jeszcze dogłębniej uświadamiało mu to, co zrobił. Już dawno nie czuł się tak źle. To znaczy, od dnia śmierci Matthew.
- A teraz oddzwoń do Jaya i grzecznie zapytaj co i jak.
Parsknął śmiechem.
- Wiesz, że zabiłby cię, gdyby usłyszał jak go nazywasz?
- Mnie może tak. Ale ciebie nie ruszy pewnie nawet, jeśli nazwiesz go pierdołą.
Obserwował przez chwilę przebiegły uśmieszek Spira, a potem chwycił za telefon.
- No cześć Jay, pierdoło. To co się stało tym razem, że zawracasz mi dupę?


~8~

Otwiera powoli oczy i spogląda w górę. Widzi nad sobą młodzieńca o jasnych włosach i oczach, w których widział niebo, na które nie miał siły spojrzeć. Położył sobie ostrożnie jego głowę na kolanach. Stęknął cicho, czując ból.
- Nieźle się załatwiłeś. Nie ma mnie trochę czasu i co? Znajduję cię konającego w środku lasu.
- Spir…
- Wzięło cię na wspominki?
- Zobaczymy się później… prawda? – Nie był pewien czy Matthew go usłyszał, ale nie był w stanie mówić głośniej.
- Chciałbyś, żebym powiedział tak?


~9~

Przeładował broń, oglądając ją przy świetle. Dopiero co ją czyścił, ale po akcji zrobi to pewnie jeszcze raz. Przy tym się uspokajał. Spojrzał na zegarek. Chyba zdąży coś jeszcze zjeść przed wyjściem. Wstał i wszedł do kuchni. Po chwili dołączył do niego Spir.
- Muszę cię zostawić na jakiś czas.
Odwrócił się do niego.
- Jak to zostawić? – od roku nie opuszczał go na krok. Poza akcjami, o których sam zadecydował. Wolał, żeby chłopak nie widział jak zabija. Nie bał się o niego, ale nadal chciał pozostać w jego oczach bez skazy. Nie zabijał tylko złych ludzi. Nie na tym polegała jego praca. Strzelał do każdego, za kogo mu zapłacili.
- Po prostu muszę zrobić coś po mojej stronie. Nie sądzę, żeby zajęło mi to dużo czasu. W każdym razie, wrócę niedługo. I zjedz coś zanim wyjdziesz.

***

Wytrzymał tydzień. Tydzień bez zamartwiania się i zastanawiania się gdzie chłopak się podziewa. Po tym czasie zaczął się irytować. Powiedział, ze nie zajmie mu to długo, a mimo to dalej nie wracał. Po dwóch tygodniach wrócił mu nastrój sprzed ponownego pojawienia się Spira w jego życiu. Nie jadł za dużo, a żołądek napełniał jakimiś śmieciami, jak to lubił mówić Matthew.
Kiedy któregoś dnia po kolejnej pijańskiej nocy otworzył oczy, przekonał się, że budzi się z chłodną dłonią na czole. Przyniosła ulgę jego skacowanemu organizmowi.
- Głupek z ciebie. Przecież mówiłem, że wrócę. Wstawaj i weź prysznic, potem trzeba iść na zakupy. Znowu się głodziłeś.

***

Na przestrzeni czasu, który Spir z nim spędzał, zdarzyło się to jeszcze wiele razy. Na początku nie bardzo mu to przeszkadzało. Rozumiał jego wypady, bo nawet on potrzebował czasem czasu tylko dla siebie. Później jednak wyrzuty się nie nieuniknione. Nie miał pojęcia gdzie Spir się podziewa, kiedy go nie ma ani co tam robi. Po części działo się tak też dlatego, że Matthew wcześniej nie wychodził i jedyną osoba, przy której był, to on sam.
W końcu nie wytrzymał. Kiedy po kolejnej takiej przerwie, Spir wrócił do domu, zrobił mu awanturę. Dobrze wiedział, że nie ma do tego prawa, ale jego obawy były zbyt wielkie, żeby mógł się powstrzymać. Chociaż może nie były to obawy, a zwykły egoizm. Chciał być jedynym oparciem dla tego chłopaka.
Nie pamiętał już jak dokładnie przebiegała ta kłótnia, ale wiedział, że strasznie się wściekł. Chciał go uderzyć. Nie zrobił tego, ale chciał. Podniósł wtedy rękę i zawiedziony wzrok Spira męczył go do tej pory. W końcu skończyło się na tym, że chłopak wybiegł z jego mieszkania i już nie wrócił.
Thomas długo na niego czekał, ale po jakimś czasie zdał sobie sprawę z tego, że już go nie zobaczy. Wtedy też wrócił do swojego dawnego stylu życia, jednak było dużo gorzej, bo alkohol nie topił już jego smutków. On sam zaś miał coraz większą ochotę na to, żeby po prostu strzelić sobie kulkę w łeb. Coraz bardziej odczuwał poczucie winy, już nie tylko dlatego, że wtedy pociągnął za spust. Dlatego cholernie się ucieszył, kiedy Jason zadzwonił.


~10~

Tym razem nie poszło jednak tak gładko, jakby chciał. Chybił. Pierwszy raz w życiu chybił. Nie wiedział czy to z nerwów, czy z czegoś innego, ale ważne było to, że chybił. Na dodatek, postanowił wziąć zwykłego Glocka, nie snajperkę, bo mógł podejść blisko i przez jego własną głupotę, cel zobaczył jego twarz. Musiał go ścigać, bo teraz zabicie go stało się koniecznością. Nie mógł nikomu zdradzić jego rysopisu. Wściekły, wbiegł za nim w las. Postrzelił go w ramię, więc zostawiał za sobą krew. Gorzej, że tego dnia Thomas był naprawdę piekielnie rozkojarzony. Nie pomyślał o wszystkim, nie sprawdził możliwości. Nie wpadł na to, że facet mógłby mieć broń!

***

A teraz leży tu, powoli się wykrwawiając, z głową na kolanach Spira i niemal błaga go, żeby powiedział mu to, co chce usłyszeć.
- Tak… powiedz to. Powiedz, że jeszcze się zobaczymy.
Chłopak pokręcił głową.
- Nie, Thomas. Zabiłeś mnie, pamiętasz?
- Ja nie… nie chciałem…
- Pociągnąłeś za spust.
- Ale… spotkamy się… tam. Tam, gdzie jesteś… i tam, gdzie idę…
- Nie wiem jak tam jest. Wymyśliłeś mnie, Thomas. Udawałeś, że z tobą rozmawiam, że mnie widzisz. Tego nie ma. Ja nie istnieję. Nawet teraz leżysz tutaj zupełnie sam. No… może ze swoim sumieniem.
- To… nieprawda – wychrypiał.
- Prawda. A ty umierasz.
Naraz jego głowa robi się dziwnie ciężka, nie może jej podnieść, a niebo obejmuje wzrokiem. Podłoże jednak jest twarde i zimne, a nie ciepłe i miękkie jak kolana Spira. Tak, to chyba prawda. Umierał samotnie. Chciał, żeby Spir do niego wrócił. Chciał, żeby mu przebaczył. Ale nie wrócił. To tylko jego sumienie. Sumienie, które pragnie spokoju i jego wyrzuty, które mogą stworzyć nawet nowe życie.

Walka Stulecia
Lilien zaczęła się przemieszczać. Widziała, jak jedna z nich siedzi na ziemi, a druga zaś rozgląda się nerwowo wkoło. Gdy wzięła głęboki wdech, do jej płuc nadciągnęła specyficzna woń. Poczuła krew.
'Czyżby ktoś tu był ranny? Ojjj... no to się zabawimy. Kto ma ochotę na powtórkę?' pomyślała i zbliżyła się jeszcze bardziej do nich wciąż pozostając w ukryciu. Zapach krwi strasznie ją nęcił i doprowadzał do szaleństwa. Oczy znów przybrały czerwoną barwę...
Odwróciła się w jej stronę. Już wiedziała kto stanął na ich drodze. Teraz wyczuła jej zapach.
- Wyjdź. Już wiem, że tu jesteś.
- Żebyś miała przewagę? Nigdy. No Himitsu, co powiesz na zabawę w kotka i myszkę?
Przeskakiwała tak szybko między drzewami, że trudno było ją zauważyć. Raz się zbliżała, po chwili zaś oddalała. Zatrzymała się dopiero za jej plecami, lecz nie zeszła na dół.
Krótki sztylet wbił się w drzewo obok jej głowy.
- Przewagę? Ja ją mam od samego początku, Lilien. - Znała jej imię, już kiedyś je słyszała. Odwróciła się w jej stronę.
- A więc wiesz kim jestem? Ciekawe, myślałam, że już o mnie zapomniano.
Wyjęła sztylet i schowała za pasem.
- Dzięki. Przyda się. Przy okazji mama ci nie mówiła, że wrogom broni do ręki się nie daje?
Zaśmiała się głośno.
- Nie wiedziałam, że aż tak bardzo potrzebujesz broni. - Uśmiechnęła się ironicznie. - Może nie jestem tak doświadczona jak ty, ale zapach krwi działa na mnie chyba słabiej.
Na słowo 'krew' oczy jej się zaświeciły.
- Nie potrzebuję. Ale dodatkowy atut zawsze się przyda. Co powiesz na małą zabawę? Ty, ja i może twoja urocza przyjaciółka? - powiedziała obnażając zęby.
- Chcesz zabijać bezbronnych? Ona ledwo zipie. - Uśmiechnęła się pod nosem. - Ale jeśli chodzi o zabawę z tobą... Nie mam nic przeciwko. - Obnażyła lśniące kły. Jednak moc wampira teraz jej się przyda.
- Na świecie nie ma bezbronnych, przynajmniej nie twojego pokroju. Trzeba nie było wchodzić mi w drogę. A mówiłam, że prędzej czy później znowu się spotkamy. - zeskoczyła z drzewa stając za jej plecami. - I co teraz powiesz? Poddasz się i przyłączysz, do mnie i mojego pana czy nie? - sztylet który trzymała zacisnął się na szyi Himitsu wbijając jej się lekko tak by nie mogła wykonać żadnego ruchu. - No powiedz... - usłyszała szept przy swoim uchu.
- Jeśli chodzi o bezbronnych... Miałam na myśli Rose. - Odsunęła od siebie palcem ostrze. Nie zrobiło to na niej specjalnego wrażenia. - Szczerze mówiąc, mało obchodzi mnie po czyjej stronie jesteś. Ja nie jestem po żadnej. - Nie miała zamiaru przyłączać się do nikogo. Można było działać na dwa fronty, prawda? Stanie się jeszcze groźniejszym przeciwnikiem. - Masz ciekawy zapach, wiesz? Podobnie cuchnął wampir, który mnie zmienił! - Odebrała jej ostrze gwałtownym ruchem i role się zmieniły. Teraz to ona trzymała je przy szyi wampirzycy. - I co teraz powiesz Lilien? - Złowrogi szept rozległ się przy jej uchu.
- Powiem ci tylko to, że ja wiem kto cię zmienił. - szarpnęła jej rękę i ostrze wyleciało jej z ręki lądując przy kolanach Rose. - A wiesz dlaczego? - wysyczała jej. - Bo ja przy tym byłam. Sama kazałam to zrobić. Mimo, że to nie ja cię zmieniłam, to ja wydalam na ciebie wyrok i to ja patrzyłam jak się wijesz z bólu po posadzce. Taka mała i bezbronna. Zupełnie jak teraz, nie sądzisz?
Zaśmiała się głośno.
- Oj Lilien, Lilien. Twoje słowa ociekają jadem. - Uśmiechnęła się pod nosem. - Nie sprowokujesz mnie w ten sposób. Wiesz dlaczego udał się wam plan? - Przeszła spokojnie obok niej, podnosząc sztylet z podłogi. Nie mogła zostawić Rose, ale nie chciała też, żeby coś jej się stało. - Brałam leki uspokajające. Byłam po nich lekko odurzona... Nie wyczułam z początku waszej obecności. Myślisz, że inaczej by ci się udało? - Stanęła przed nią, jej twarz znalazła się zaraz przed jej. - Co chciałaś osiągnąć? Do tego można się nawet przyzwyczaić. Jeśli się chce... - Wbiła lekko ostrze w swój brzuch, w miejsce rany. Podniosła je z zadowoleniem w górę. - Co Lilien? Chcesz spróbować krwi łowczyni? - Oblizała lekko ostrze. Jej oczy zapłonęły szkarłatem.
Krew. Nie. Musi nad tym zapanowac. Przecież doskonale wie, że ja podpuszcza. Ale krew... ten cudowny słodki zapach... Już dawno jej oczy nie swiecily tak nasyconą czerwienią.
- Co chciałam osiągnąć? Mieć ciebie jako wampirzycę, a nie wstrętnego łowcę. Chcialam mieć cię w szeregach mojego pana. I moich...
- Skosztuj Lilien... Spróbuj jak smakuje krew tych, których nienawidzisz... - Jej szept był cichy. Odbijał się echem od ścian. Kropla szkarłatu spadła na podłogę.
Lilien warknęła.
- Nie pogrywaj ze mną. Dobrze wiem czego chcesz. Chcesz, żebym cię zaprowadziła do swojego pana. Żebyś mogla się zemścić. Uwierz mi, że to ci się nie uda, tak samo, jak to, że będziesz oporna i spróbujesz mnie zabić. Nigdy ze mną nie wygrasz, rozumiesz? NIGDY!
Zaśmiała się głośno.
- Po co mi Twój mistrz skoro to ty wszystko zaplanowałaś? - Uśmiechnęła się drwiąco. - Po prost spróbuj. - Potrząsnęła ostrzem tak, że kropla krwi opadła na policzek wampirzycy.
Kropla przeważyła czarę.
- Po co mam próbować zimną, skoro mogę mieć ciepłą? Wystarczy, że cię dopadnę.
Wampirzyca rzuciła się do ataku.
Właśnie o to jej chodziło. Wbiła sztylet prosto w jej brzuch, kiedy ta znalazła się przed nią.
- Albo ja spróbuję twojej...
Tego nie przewidziała. Nie zdążyła zrobić uniku. Czuła jak zimne ostrze przebija jej skórę.
- Ty...!
Padła na posadzkę. Zaczęła się krztusić. Ciężko było jej oddychać. Z rany tryskała krew.
- Nie wiedziałam, że jesteś aż tak słaba. Zauważyłaś, że jestem ranna w tym samym miejscu? Weź głęboki wdech Lilien, zabawa jeszcze trwa. - Uniosła głowę rozbawiona.
- Myślisz, że to mnie pozbawi frajdy zabicia cię? Ja cie kazałam stworzyć, to i ja cie zabiję... I twoja małą przyjaciółkę też. Chociaż... może ją pierwszą? Co ty na to? Popatrzysz sobie do czego doprowadziłaś. - wciąż czując ranę rzuciła się do gardła dziewczyny.
Zasłoniła ją w mgnieniu oka. Uśmiechnęła się szyderczo, ostrze jej laski znalazło się wprost przy jej sercu.
- Już nie chcesz mieć mnie w szeregach?
- Chcę, ale widocznie jesteś na to za słaba. - stanęła ze spokojem patrząc na laskę. Jej koniec delikatnie drgał. A więc jednak... - Widzisz, jesteś za slaba by być wampirem... - obchodziła ją dookoła patrząc jej uważnie w oczy i próbując odczytac mysli.- Nie masz w sobie nic szczególnego. No może prócz tego, że poniekąd jestes ze mną związana.
Czy uda sie jej wykorzystać chwilę nieuwagi?
- Nie próbuj Lilien. Takie sztuczki już na mnie nie działają. - Obserwowała ją uważnie. Do jej nozdrzy dotarł zapach krwi... Zbyt dużo jej było.
- Czujesz? O tak. Krew Himitsu. Słodka krew. A ten smak. Po prostu miód. Powiedz chciałabyś? Pewnie długo unikasz picia krwi jak się nie mylę? - dotknęła swojej rany i podniosła rękę pokazując ściekającą, czerwona substancję. - Może jednak?
- Nie prowokuj mnie Lilien... Nie próbuj doprowadzić do tego, że się na ciebie rzucę... - Mówiła przez zaciśnięte szczęki. Starała się nie chłonąć zapachu cieczy. Ale nie mogła spuścić z niej wzroku.
- A jednak... trudno powstrzymać pragnienie. A mówiłaś, że jesteś silna... No więc? Spróbuj. Co ci szkodzi. No chodź.
Teraz role się odwróciły. Krwi było coraz więcej.
Podniosła się, w drżących dłoniach wciąż ściskając laskę.
- Jestem silna Lilien... Ale pragnienie rozlewu twojej krwi jest zbyt duże, żeby je powstrzymać! - Rzuciła się na nią niespodziewanie.
O to jej chodziło. Zrobiła unik. Juz po chwili Himitsu leżala na posadzce, a Lilien na niej przytrzymując ją.
- Ciekawe, nie czujesz się jakbyś miała deja vu? Bo ja tak.
- Zapomniałaś o jednym. Ja wciąż posiadam sztylet! - Wbiła go znowu w jej ranę, przyprawiając jej więcej bólu.
- Agh! - wrzasnęła, ale nie zeszła z niej. Przyskrzynila ja jeszcze bardziej do posadzki, a jedną ręka wyczuła jej ranę i mocno nadusiła. Rozległ się krzyk.
- Wiesz, że cię za to zabiję? - Syknęła przez ściśnięte z bólu szczęki. Obróciła się tak, że teraz była na niej.
- Tylko spróbuj. Wydasz na siebie wyrok. Albo przyłączysz się do mnie po dobroci, albo przestanę być miła.
- Doprawdy? Nie obchodzi mnie to, czy jesteś miła. - Pochyliła się nad nią, chcąc zatopił kły w jej szyi. Wydobywał się od niej tak przyjemny zapach...
- Przecież wiem, że tego chcesz. - przestała się opierać. Wszystko działało zgodnie z planem. 'Wystarczy że wypije choćby kroplę.'- pomyślała i uśmiechnęła się z satysfakcją.
- No dalej na co czekasz?
W jej gardle zapłonął ogień. Nie mogła się już dłużej powstrzymywać. Wgryzła się boleśnie w jej skórę.
Lilien poczuła kły wtapiające się w jej szyję. Plan zadziałał. 'Teraz już będzie moja'
- Wiesz na czym polega nasze przekleństwo? - syknęła jej do ucha podczas gdy ta smakowała upragnioną krew. - Na krwi, którą rozlano dając początek Wampirom. A ty właśnie skazałaś się na takie przekleństwo. Teraz, czy tego chcesz, czy nie będziesz moja. Trzeba było uważać, czyja krew pijesz. Teraz będą nas łączyć więzy krwi. I nigdy się ode mnie nie uwolnisz. Nawet jeśli będziesz tego pragnąć, jak nic nigdy. - syknęła chwytając jej rękę i wgryzając się w jej nadgarstek. Powoli wysysała jej krew i wpuszczała jad. Po chwili odepchnęła ja od siebie.
- Twoja krew. Moja krew. Nasza krew. - uśmiechnęła się z satysfakcji.
Dopiero po chwili uświadomiła sobie co się stało.
- Ty! - Przystawiła ostrze laski do jej szyi. Teraz jej nie odpuści. Dała się sprowokować... Zaklęła głośno.
- Głupiutkie dziecko. A niby uważałaś się za takiego dobrego łowcę. Przecież każdy z was to zna i wie czego się wystrzegać. Teraz widać kim jesteś naprawdę. Wampirem.
- Ja w to nigdy nie wątpiłam. Byłam wspaniałym łowcą i stałam się wampirem. Teraz będę zyskiwała sławę jako wampir. Aż w końcu cię zabiję. - Syknęła groźnie.
- Zabijając mnie zabijesz siebie.- podeszla do niej powoli.- Dobrze wiem, ze do tego nei dopuścisz. Tymczasem... pożegnaj się z przyjaciółeczką. Jeśli chcesz ją jeszcze zobaczyć, to wiesz co robi?... A ciekawe, jak zareagują twoi przyjaciele na to, co sie tu dzis stało, na to ci się z toba stało.
Uśmiechnęła się figlarnie, i w mgnieniu oka znalazla sie tuz przy Rose biorąc ja na ręce i pogrążając się w ciemnościach.
Otworzyła szerzej oczy i rozejrzała się wokoło siebie.
- Cholera. - Warknęła.


Pamiętna walka Lilien vs. Himitsu jeszcze ze starego, dobrego vk. Zdaję sobie sprawę z tego, że są tu błędy, ale ich nie poprawiam. Mam do tego tekstu sentyment, więc mam nadzieję, że mi to wybaczycie.

Bloody Ink
Nic nie czuła, nic nie widziała. Tylko ciemność. I cisza. Niewyobrażalny ból obejmujący jej ciało. Tysiące obrazów przewijających się przez jej umysł. Głosy... Ktoś ją woła. Chce pomocy. Tylko jak ma to zrobić? Nie może się ruszyć, nic powiedzieć. Po chwili już nic nie słyszy. Ogarnia ją pustka. I nic poza nią. Gdzie jest? Co się z nią dzieje? Czy umiera? Chyba tak. Wszędzie krew. Ale dlaczego to tak boli? Przecież powinno już być dobrze.

Otwiera oczy i widzi zupełnie inny obraz. Jej dom. Leży na podłodze. Podnosi rękę do góry i przygląda się jej. Krew... Rana w boku. Przebite ciało. Czuje zimno. Brakuje jej sił. Z ledwością się porusza. Oczy jej się zamykają. Próbuje z tym walczyć, ale już nie może.

Właściwie jak to się stało? Co się wydarzyło? Próbowała sobie przypomnieć kto do tego doprowadził. Tak, teraz pamięta. Ten mężczyzna. Zmarszczyła brwi. Szczegóły jej umykały. Miał katanę. Zaatakował ją. Coś mówił. Tylko co? Tego nie mogła sobie przypomnieć.

Koniec. Nie może już walczyć. Zabrakło jej siły. Najwyraźniej szczęście jej nie sprzyjało. Jej dłoń opadła bezwiednie na podłogę. Zamknęła oczy. Tak. Teraz przypomniała sobie co powiedział.

"Twoja krew posłuży za atrament. Atrament na spisanie twej historii..."

L'amore Fatale
Zawsze jestem przy Tobie, nawet jeśli mnie nie widzisz…

Nie widziałam, ale czułam. Twój wzrok spoczywał na moich plecach, na twarzy… Zawsze byłeś o krok za mną, trzymałeś się blisko. Dlaczego? Ciągle zadawałam sobie to samo pytanie, ale nie wiem, czy odpowiedź jest prawdziwa… Chroniłeś mnie?

Kocham Cię, nawet jeśli jesteś inna, niż twierdzisz, że jesteś…

Kłamałam. Wiele razy mówiłam Ci, że jestem kimś innym, niż byłam. Grzeczna dziewczynka z dobrego domu… Nie, to nie jest moja natura. Ale Ty o tym wiedziałeś. A mimo to nie powiedziałeś nawet jednego słowa, nie zaprzeczyłeś…

Choćbym był daleko, zawsze do Ciebie trafię…

Wyjeżdżałam. Chciałam uciec od nich wszystkich, od Ciebie… Myślałam, że to pomoże mi zapomnieć, że więcej nie będę Cię ranić. Ale… Ty zawsze mnie szukałeś. I zawsze udawało Ci się mnie odnaleźć. Wtedy tylko mówiłeś, że już jesteś i zostawałeś.

Choćby mi Cię odebrali, to Cię odnajdę…


Mówiłam przyjaciołom, żeby trzymali Cię z daleka.
Miałeś zostać tam, gdzie byłeś, a nie chodzić za mną. Nikt nic Ci nie mówił. Nawet udawałam przed Tobą, że jestem z kimś innym, ale… nadal byłeś.

Jeśli mi pozwolisz, to zbliżę się do Ciebie…

Nigdy niczego nie żądałeś. Ty zawsze prosiłeś, zawsze pytałeś… Nie zrobiłeś niczego, na co Ci nie pozwoliłam. Mimo że chciałeś mnie dotknąć, powstrzymywałeś się… Przez bardzo długi czas.

Jeśli Cię stracę, to wedrę się do czeluści po Ciebie…

Pamiętam, kiedyś ktoś chciał mnie skrzywdzić. Ty… pomogłeś mi. Wiedziałam, że nienawidziłeś tego miejsca, a jednak tam przyszedłeś. Dla mnie. Nadal nie mogę zrozumieć.

Jednego tylko nie spełnię…

Ja muszę zrobić coś dla siebie. Wiem, że nie będę mogła odwzajemnić tego uczucia… Twoich czynów…

…nie odejdę…

Skoro Ty nie możesz, ja muszę Cię opuścić. Ten ostatni raz piszę do Ciebie, ostatni raz coś mówię… Żegnaj. Zobaczymy się w trumnie.

Tam też za Tobą pójdę.




Napisane pod znacznym wpływem Utera. Fragmenty pisane kursywą są jego.
Mówiłam już, że kocham twoje teksty?

Życie Anioła
Stał przy ścianie i patrzył na tańczące pary. Uśmiechy, wesołe iskry… I tylko jedne, smutne oczy. Te, których nikt nie widzi. Przyjaciele starają się pocieszyć, pomóc, wesprzeć… Ale on wie, że to tylko marne starania. Bo co zrobić, jeśli ta jedna osoba nie może tańczyć?

Rana na sercu boli bardziej niż ta zadana przez miecz. Ta jedna część ciała płacze. Płacze i płonie. Dlaczego płacze? Bo zostało oszukane, zdradzone… Dlaczego płonie? Bo chce poczuć znów te ciepłe dłonie.

„Mój Aniele, moje życie… Czemu nie ma Ciebie przy mnie? Czym tak bardzo zawiniłem, że zostałem Ciebie pozbawiony? Twego uśmiechu, Twojego dotyku, delikatnych dłoni… Słów, które do mnie kierowałaś. Powiedz mi, Aniele, dlaczego?”

Niebo płacze razem z nim, zsyła swoje słodkie krople. Moczy te ulice, dachy, deszcz o szyby uderza. „Czy to Bóg? Ześlij mi mojego Anioła” - błagają oczy, wpatrzone w tej krajobraz.

Ciepła dłoń na szybie. Chcę jej dosięgnąć, jest nieosiągalna. Pustka… I znów krople łączą się w żałobie z innymi. Ale te nie są słodkie, tylko słone. Słone jak całe morze łez wylanych.

Żal… żal do siebie.
„Mój Aniele, wybacz mi to, co zrobiłem. Żałuję. Moja wina, moja wina… Wróć.”

Powiew wiatru, rozwiane kosmyki. Suchy piach we włosach. Dłoń przesypująca go, oczy wpatrzone w jego uniesienie. „Pamiętasz, Aniele? To prażące słońce, morskie fale, te uśmiechy… Czujesz coś jeszcze?”
Zapach świeżo skoszonej trawy, śpiew ptaków. Piękny widok, cisza… „Rozkoszny Aniele… Pamiętasz to miejsce? To tu powiedziałem Ci, jak bardzo Cię kocham.”

Świeca… Ten jeden płomyk życia. Smutne oczy wpatrzone w płomień. „Wiesz, Aniele… Ta obietnica, którą Ci złożyłem, jest kluczem do mojego serca. Chciałbym je zamknąć.”

- Obiecaj, że tego nie zrobisz.
- Obiecuję… ale ja nie umiem żyć bez ciebie.
- Zapomnij.


„Nie zapomnę, Aniele. Ale będę żyć tak, jak chciałaś.”

Stał sam na jednym wzgórzu. Pod jego nogami położone były kwiaty. Płyta nagrobna z jej imieniem, zdjęciem… To już ostatnia łza, tak, jak chciała.

- Do zobaczenia, Aniele. – Odszedł. A wraz z nim jego anioł.


© 2007 - 2009 by Marwelln
Nazwa użytkownika

Hasło



Kliknij tutaj aby się
zarejestrować!

Kliknij tutaj, aby uzyskać
nowe hasło.
Ankieta
Brak przeprowadzanych ankiet.
Shoutbox
Musisz się zalogować aby wysłać wiadomość.

[off] 18-06-2014 09:06
Ktoś tu jeszcze zagląda? : o

[off] 09-12-2012 18:21
Sam Twa propozycja została rozpatrzona i wcielona w życie Uśmiech

[off] 09-12-2012 17:54
Powalczę ze spamem, zobaczymy czy wyjdę z tego zwycięsko Uśmiech

[off] 02-12-2012 12:13
Nadal burdel. Proponuję zrobić rejestrację na aktywacje admina/moda...

[off] 16-11-2012 11:37
Jeśli tu zaglądacie ludzie (Sam, Iz, Night- wy chyba jesteście jedynie nie spamowi poza adminami) wysłałam wam wiadomość na pw!

38,344 unikalne wizyty